W tym sezonie postanowiłem na poważnie podejść do fotografii dzikich zwierzaków, a to wiąże się głównie z wybudowaniem odpowiedniej czatowni, bez której
nasze wysiłki w podglądaniu fauny spełzną pewnikiem na niczym. Aby
bowiem z sukcesem wykonać zdjęcie zwierza dzikiego z bliska, któren jak wiadomo
płochliwym jest i czujnym nadgorliwie - nado ukryć się jak najstaranniej
oraz zachowywać rygorystycznie ciszę, jak też nie wydzielać woni dla
zwierza podejrzanej, która to z cywilizacyjnych źródeł odorów się
głównie bierze. Najciekawsze zdjęcia i opis całego przedsięwzięcia poniższa relacyjka właśnie zawiera.
Rozpoznanie Miejsce, w którym wybudowałem szałas-czatownie znane mi było od dawien dawna, ale szczególnie zaczęło mnie interesować gdy opanowały je bobry, budując tam tamę. Takim bowiem wymarzonym celem moim było właśnie sfotografowanie za dnia bobra, a przy okazji wszystkich innych ciekawych mieszkańców w okolicy, którzy tu ze względu na bliskość wody chętnie zaglądali.
1 marca - czapla w rurze Tego dnia zaświtał mi pomysł budowy czatowni w tym miejscu. Sprawdzając stan bobrowej tamy usłyszałem jakieś chlupoty pod betonowym przepustem na rowie melioracyjnym, o który owa tama była oparta. Gdy ostrożnie zajrzałem do wnętrza - oniemiałem - w tej betonowej rurze czapla siwa łowiła ryby. To kolejny dowód na poparcie tezy, że człowiek swoją działalnością na Ziemi nie tylko szkodzi przyrodzie ale również pomaga jej, ułatwiając żywot i dając nowe możliwości. W oparciu o ten betonowy przepust i mostek bóbr wybudował swoją tamę - również korzystając z ułatwienia jakie zafundował mu mimowolnie człowiek.
23 marca 2011 - budowa szałasu Najpierwiej oczywista obrałem sposobne miejsce, które wydawało się obiecujące pod kątem przebywania, bądź przechodzenia przezeń zwierząt jak najrozmaitszych gatunków. A szczególnie optymalne pod kątem ewentualnego ich fotografowania - czyli widoki w odpowiednim kierunku, również uwzględniając odpowiednie oświetlenie modeli pod wieczór. Bliskość wody, łąk, niewielkich zagajników i świetnych kryjówek w nieprzebytych gąszczach w terenach zabagnionych - oto charakterystyka krótka onego odludnego zakątka, w którym dnia 23 marca 2011 wzniosłem w parę godzin coś na kształt szałasu ale w wyglądzie jak najbardziej podobnego do naturalnego gąszczu zwalonych drzew i gęstych krzaczorów.
Szałas wzniosłem jak najprędzej w środku słonecznego dnia, tak abym mieć pewność, że zwierz siedzi wtenczas w swych kryjówkach, przeto o mojej obecności wie niewiele. Ważne jest aby nie kojarzył nowo pojawiającej się kopicy chrustu z człekiem, jak sądzę. Oparłem jego konstrukcje o jedno drzewo i krzew poboczny, stosując w konstrukcji tyczki i konary suche, aby przypadkiem nie zaczął ich podjadać bóbr, któren tuż obok mieszkał w swym żeremiu. Nie ukrywam, że ten gatunek zwierza najbardziej mnie interesował, bo i najtrudniej za dnia onego futrzaka wypatrzeć.
24 marca 2011 - pierwszy dzień i pierwsze efekty Jako, że ciekawość była u mnie silniejsza od rozsądku - już następnego dnia w czatowni zjawiłem się około godziny 14 i tkwiąc weń do wieczora przekonałem się, żem dzieło swe wykonał porządnie, bo zwierz jeno się nowym elementem w jego otoczeniu zaciekawia, a lęku nie wykazuje. Dnia tego wiało tak mocno, że omal mi onej czatowni z chrustu nie obdarło, tako musiałem od wewnątrz utykać powstałe wyrwy w poszyciu. Silny wiatr sprzyjał czatowaniu bo zwierza ogłusza szelestem i otumania wzrokowo chwiejącemi się wokół trawami. Nieco przyciasny szałas wymagał ode mnie pozycji na tyle niewygodnej - mimo wędkarskiego krzesełka - iżem od tego czatowania zesztywniał całkiem i chcąc gnaty zbolałe rozciągnąć nieco szeleściłem, co właśnie wicher skutecznie zagłuszał. Nie da się też przypadkiem nie wydać jakowegoś szelestu czy odgłosu jak się człek w takowej ciasnocie posila albo puknie jednym aparatem o drugi na ten przykład.
Pierwszy zwierz jakiegom dostrzegł przez szpary nieco zdefasonowanego okrycia trawiastego mego szałasu, to strojny bażant, któren przeszedł tak blisko mnie, że mógłbym go za łeb chwycić i w domu upiec alem się pomiarkował i jeno zdjęcia mu uczynił bezbolesne. Kurak ów z zaciekawieniem przypatrujący się temu zagradzającemu mu ścieżkę koromysłu pogmerał trochę pazurami w ziemi, poszperał za jakowymś bażancim przekąskiem i poszedł dalej - bo jak wiadomo - lubi odbywać długie wędrówki. Ledwie minut klika po nim ujrzałem w swym sąsiedztwie sarnę, która już bardziej czujnie przypatrywała się mej budzie, próbując zwąchać co za czort za tym się kryje. Jednak sprzyjający wiatr od sarny nic jej nie pomógł i w końcu ona również oddaliła się za poszukiwaniem pożywienia.
30 marca 2011 - Jastrząb i bażant Tego dnia udało mi się zaobserwować jastrzębia w akcji, co nie jest przecie łatwe. Niestety działał w miejscu dla mnie niewidocznym, zaś odleciał tak prędko, ze nie zdążyłem mu zdjęcia zrobić. Punktualny bażant, który co do minuty zjawił się w optymalnym dla mnie miejscu dokładnie o 17:20, tym razem robił obchód w odwrotnym kierunku, dzięki czemu mogłem wykonać mu zdjęcia łatwiej. Przy okazji poznałem pewien szkopuł sprzętowy jaki pojawia się podczas fotografowania zwierząt z odległości paru metrów, zwłaszcza gdy nie ma wiatru. Chodzi mi o odgłosy kłapiących lusterek aparatów zwanych lustrzankami, które to brzdękliwo-kłapliwe dogłosy mocno zastanawiają zwierza, a w końcu skłaniają go do odejścia od nas. Ale bez paniki - raczej nazwałbym to zniechęcaniem niż płoszeniem. Bażant odszedł spacerkiem. Testem prawidłowego kamuflażu mej budowli również w stosunku do ludzi, którzy mogliby ją rozmontować był pewien biegacz, który przebiegł tuż obok mnie, w ogóle nie zauważając, ze wewnątrz siedzi człek z wycelowanym weń aparatem.
4 kwietnia - Rudzik i ...kleszcz Obserwowany podczas wcześniejszych czatów rudzik, który cieszył się w tym miejscu obfitością dżdżownic był za mały i za szybki abym mógł mu zrobić zdjęcie, tak od niechcenia. Zauważyłem, że przysiaduje na niezbyt wysokich gałęziach, czasem wręcz kopcu i odwiedza te miejsca cyklicznie. Niestety tam gdzie siadał nie miałem dobrego pola widzenia, a i odległość była zbyt duża abym tak małej ptaszynie przyzwoite zdjęcie mógł zrobić dość krótkim obiektywem do tego typu zadań bo 300mm. Wobec tego 4 kwietnia wkopałem w miękką, łąkową glebę malowniczy, zbutwiały konar w odpowiednim miejscu zarówno dla mnie jak i dla rudzika. Dokładnie o 17:20 rudzik wyruszył na wieczorne łowy. Nie minęła chwila, a usiadł na przygotowanym mu konarze. Seria zdjęć, nawet nie specjalnie go przestraszyła, boć ptaszyna to śmiała. Jednak dla pewności, do wykonania tego ujęcia, jeszcze bardziej się zamaskowałem, ustawiłem wszystko w aparacie jeszcze zawczasu, tak więc przycisnąłem spust nawet nie patrząc w wizjer. To wygodniejsze, bo mamy ogląd sytuacji dookoła, a w ciasnym kadrze widzimy tylko wycinek sceny, no i długo tak jednym okiem patrzeć nie wolno - czytałem, że kiedyś reporterzy nawet mieli jakoweś od takiego mrużenia problemy wzrokowe - z okiem zaciskanym czyli niedotlenionym.
Po powrocie do domostwa okazało się, że przywiozłem niebezpiecznego pasażera na gapę - kleszcza. Najwyraźniej mój szałas nie był wolny od tej plagi, czemu nie ma się co dziwić - wszak materiał do jego budowy pewnikiem kleszcze zawierał. Im więcej jest zwierząt, tym więcej kleszczy niestety. Mając świadomość zagrożenia jakie niosą za sobą takie spotkania z kleszczem z żalem uznałem moje czatownia w tym roku - przynajmniej w tym miejscu i w ten sposób - za zakończone. Pozostało tam jeszcze kilka niesfotografowanych zwierzaków, takich jak czaple, kaczki, lis, rozmaite gatunki małych ptaszyn.
Tekst i zdjęcia: Tomasz Piotrowski |