Wprawdzie zdjęcia jak zawsze były celem głównym, który nas w plener ciągnął ale trzeba przyznać, że tak jak to zawsze jest podczas naszych wypadów - chętnie pojeździliśmy z Piotrem po zasypanych śniegiem roztoczańskich drogach również po to, aby pogadać o tematach fotograficznych i wszelakich innych z Kamratem nadającym na podobnych falach i podobne zainteresowania mającym. Najlepsze warunki do zdjęć czynienia zastaliśmy rankiem, kiedy szadź utrzymywała się jeszcze na drzewach, zaś słońce nadało pejzażom odpowiedniego światła powabu. Później pogoda kompletnie się popsuła, szadź znikła, więc jeździliśmy to tu, to tam z prędkością galopującego jeża, i to nie tylko ze względu na gołoledź, ale też i z tego prostego powodu - nigdzie nam się nie spieszyło. Wspomnę o kłopotach w zaopatrzeniu na jakie napotkać możemy zimą w Krasnobrodzie. Chcieliśmy bowiem wspomóc tamtejsze sklepy i tam właśnie zakupić "Kociołki do syta" z Łowicza. Jednak po objechaniu wszystkich sklepów okazało się, że w całym Krasnobrodzie jest tylko jeden słoik onego dania. Wobec powyższego zmuszeni byliśmy zakupić fasolkę po bretońsku, której o dziwo nie brakowało, i te 3 słoje wchłonęliśmy na Bukowej Górze w drewnianej wiacie, która tam na skraju pól i buczyny wciąż tkwi, mocno obsmarowana idiotycznymi napisami i obstawiona flaszkami po wódzie. Zanim jednak weszliśmy na Bukową trzeba było przed Sochami zaparkować auto. Wiadomo jednak, że wjazd był nie odśnieżony, a nawet mocno zawalony bandą śnieżno-lodową, którą usypywały pługi odśnieżające ów wąziutki asfalt. Piotr postanowił wbić się na wstecznym autem w ową zaspę, na raty. Wbijając się coraz dalej, z co raz większym impetem. Uzasadniając swój czyn szaleńczy tym, iż jeśli tak pojeździ w tą i z powrotem w poprzek zalodzonego asfaltu, to w końcu wbije się na tyle, że samochód zaparkujemy w tym wybitym jakoby tunelu. Wszystko z początku szło doskonale - coraz dalej przepychał zaspę, ale w końcu zajechał tak daleko, że zawisł na podwoziu. Nie mogliśmy go tak zostawić, bo jakby przymarzł w nocy to moglibyśmy go w ogóle już nie ruszyć. Niestety przyczepiony całą podłogą do śniegu i otoczony jego zwałami nie chciał drgnąć nawet po odkopaniu kół, nawet gdy z Markiem pchaliśmy co dysk wyskoczy. Brakowało nam więc do wypchania trzeciej osoby - Piotra. Wysiadł z auta, wcześniej wrzucając jedynkę i pomógł nam. A samochód na jedynce mielił z wolna kołami. No i dało to rezultat - kombi Piotra ruszyło, rozpędziło się na jezdni i... wbiło w zaspę po przeciwnej stronie drogi. Zawisło na amen! Nie mogliśmy go już ruszyć, a blokowało przejazd innym. Pomógł nam tamtejszy dobrodziej, zatrzymując się i chętnie użyczając nam holu. Nie bez problemów ale udało się wyrwać Opla Piotra z zaspy. Tym razem zanim zaparkowaliśmy ponownie w tym wybitym tunelu - odśnieżyliśmy owo miejsce parkingowe butami, i teraz zapewne posłuży nie jednemu, który zapragnie auto tam swoje ulokować.
Tekst i zdjęcia: Tomasz Piotrowski |