Leśna pętla na Wschodzie
letnia extreminada piesza
 
 
 
Data: 29 lipca 2011, od rana do nocy
Cel: Poszukiwanie i odnajdywanie znanych i nieznanych nam dotąd obiektów i miejsc, w tym przede wszystkim starek studni w nieistniejącej wsi Sochanie oraz bruśnieńskiego krzyża w nieistniejącej wsi Młodowce.
Uczestnicy: Marek i Tomasz Piotrowscy oraz Piotr Kapłon
Meteo: Pogoda wielce udręczliwa! Gorąco, a przy tym parna duchota, jako w piekielnej dżungli, boć las wcześniej suto zroszony jakże licznymi tego lata opadami.
Pojazd i dojazd: Automobil imć Piotra
Trasa: Z Zamościa przez Tomaszów i Bełżec do Narola i Złomów Ruskich automobilem - dalej o własnych nogach. Powrót jak wyżej, ino wspak.
Straty w ludziach i sprzęcie: Kompletne przepocenie łachmanów, 3 kleszcze w tym jeden zdołał się wgryźć niezauważony, a do tego typowo w takich warunkach - okrutne pokąsanie przez gzy i komary, które przed nadciągającymi opadami - cięły w amoku iście dyabelskim.
 
 
 
Dojazdu szkicu zarys prędki

Jadąc sławetną siedemnastką, gdzie o wypadek nie trudno, bo kręto i wzgórkowato zarazem, a droga ciasnawa, zaś kierowcy jeżdżą ze wschodnią beztroską, nie zaprzątając sobie głów wysiłkiem wyobraźni - obaczyć możem często rozmaite, mniej lub bardziej trwożne katastrofy w ruchu lądowym. No i tym razem też widzieliśmy jednego sztukmistrza, któren dokonał niebywałego wyczynu - wskakując swem dostawczakiem za bandę, po bandzie i przeze bandę! A do tego tako sprytnie, że się nie wykopyrtnął, co wręcz wydaje się niemożliwym do wykonania. My - dzięki Opatrzności - cało i zdrowo dotarliśmy do Narola, gdzie wschodni czar Roztocza Wschodniego jawi się już z pełną mocą. Czar ów, co przyciąga miłośników autentycznych ciekawostek i omszałych niesamowitości - został ostatnimi laty popsowany przeze traktów prastarych, zębem erozji pokąsanych - nadmierne odnowienie. Takie idealne asfaltowe drogi czynią otoczenie zbyt zwyczajnem, odzierając je z powabu wschodniego odludzia i egzotyki. Pamiętamy jeszcze nie tak dawne czasy, kiedy im człek się głębiej ku wschodowi zapuszczał - tem droga jawiła się straszliwsza w swej perforacyji. Wtenczas miało się to nieodparte wrażenie, że dostaliśmy się do krainy prawdziwie dzikiej i fascynującej. Najgorsze zaś co można Roztoczu Wschodniemu uczynić - to sprawienie go wygodnym dla turysty masowego i zagospodarowanie pod tym kątem. Temu niechaj każdy się przeciwstawia aby klimatu wschodu nie zniszczono dokumentnie. W kwetyji dróg - możem jednak być spokojnemi, boć wiadomo jak to u nas inwestycje wszelakie się przeprowadza i pierwej czy później erozja poradzi sobie by na powrót dzikość serca onej krainy odżyła..
Automobil porzuciliśmy w Złomach Ruskich na dróg rozstaju i u kresu drogi publicznej aby po przebraniu się w stroje stosowne do okoliczności - naradę odbyć i czem prędzej wyruszyć ku realizacyji celów naszych, w misternym planie nakreślonym.

Drogami znojnemi ku wschodnio-roztoczańskim fenomenaliom

Wiedzieć Wam trzeba - mili nasi Czytelnicy - iże lato tego roku na Roztoczu okazało się szczodrze podlane licznemi deszczami i nawałnicami, przeto kumulacyja wilgoci w leśnych ostępach spowodowała duktów wydatne rozmiękczenie. Tymczasem właśnie lasami mieliśmy podczas onej eskapady wędrować. Z tej głównie przyczyny aby uniknąć plagi gzów, zwanych też ślepakami, które na otwartej przestrzeni - zwłaszcza na Roztoczu Wschodnim - mnożą się latem niepomiernie. Plaga to bodaj bardziej męcząca od komarzej. Tako wybierającym się w tem terminie na Roztocze Wschodnie zalecamy zabranie ze sobą parasola, z narzuconą nań moskitierą sięgającą za kolana, bo inszej chyba recepty na to tałatajstwo nie najdziemy.

Wędrówka polami - gdzie gzów najwięcej - może nawet najbardziej ospałego i niemrawego flegmatyka do szału doprowadzić, a wiedzieć też trzeba, iże im energiczniej kapieluszem machać poczniemy - tym insekty te na ruch czułe - silniej nas będą prześladowały i większe ich chmary zwabimy z najbliższej okolicy. Odwrotnie - gdy ta latająca plaga nas zbytnio udręczy - stańmy w bezruchu, a przekonamy się, iż plugastwo bzyczące wnet gdzieś przepadnie, tracąc nami zainteresowanie. Niestety giez - owad pól głównie - nękał nas (co prawda słabiej) również w lasach, co zdaje się wynikało z pogody parnej - która każdą owadzią gadzinę podnieca.

Stara Huta i cmentarz prastary

Zanim jednak owady w kość nam dały z całą mocą, bez większych - poza błotem - udręk dotarliśmy do Starej Huty. Wioska ta otoczona lasem, o paru zaledwie domostwach oraz budynkach dawnego PGR-u. Tam to czas jakby od lat płynie dużo wolniej, kiedy byśma tam nie zajrzeli - szystko wygląda po staremu, niezmiennie. I to jest właśnie atmosfera, którą sycić się winni zaprzęgnięci w kierat wyścigu szczurów mieszczuchy jak najdłużej, co aby do normalności powrócić zdołali przed zgonem z przepracowania.
Tuż za wioską, w sporawym już sosnowym borze skrywa się bodaj jeden z najbardziej nastrojowych cmentarzy wschodnio-roztoczańskich, pełen omszałych, bruśnieńskich nagrobków, pamiętających czasy jeszcze sprzed pierwej wojny światowej, a nawet i dużo wcześniejsze. Oj długośmy te niezwykłe cmnetarne scenerie fotografowali, bo szytko to jawi się jako jakieś zaginione zabytki Majów z Ameryki Południowej, które pochłonął niezmordowany busz. Trudno chyba o lepsze ukazanie tempa przemijania niźli właśnie tamte rozsypujące się pod działaniem czasu kamienne nagrobki.

Panorama przepysznie oddychająca przestrzenią

Od cmentarza w Starej Hucie przeszliśmy zaledwie pół kilometra ku południowi, gdy oczom naszym ukazała się panorama, jakiej mówiąc szczerze - nie spodziewaliśmy się tu zobaczyć. Bowiem od tego momentu na znacznych odcinkach mieliśmy iść drogami, któremi dotąd nie chadzaliśmy jeszcze - przynajmniej za dnia. Nie przesadzimy chyba twierdząc, iże jest to na Roztoczu Wschodnim/Południowym druga pod względem piękna oraz wspaniałości rozległości panorama, po Dahańskiej. A na dodatek panorama ukazująca ni mniej, ni więcej tylko sam Wielki Dział - jedno z najwyższych wzniesień całego Roztocza. Ten olśniewający urodą widok, w przesmyku między kniejami tak nas zaskoczył i poraził, żeśmy tu dłużej postanowili zabawić i w tych urodziwych okolicznościach spożyć śniadanie. Jednak okazało się, że jeść możemy bezpiecznie tylko siedząc tyłem do onego widoku, gdyż spożywanie jadła i zachwyt nad niem jednocześnie - powodowały co i raz zadławienia z zachwytu, a wiedzieć nam znowu trzeba, że tam zasięgu nie ma tylyfonii, więc na rychłą wizytę ratunkowego ambulansa nie ma co liczyć.
Dodajmy, że o panoramie tej nie wyczytamy w żadnych publikacjach, nie wiedzie tu znakowany szlak, co dodatkowo raduje - bo ma się to wrażenie, że niewielu tu trafia podróżnych. Miejsce zatem jakoby dziewicze jest przeto. Jedyny zgrzyt w tem fenomenalnem widoku to ony po PGR-owski monument betonowy, zdaje się składowisko jakowyś płodów rolnych, znajdujące się przy drodze na Dahany wiodącej. Złote zboża, niebieskości niebios wspaniałe, ciemny zarys zdrowej kniei, pięknie jeszcze nam obraz obramowującyj po bokach - cóż więcej trzeba aby zdjęcie nam wyszło oko przykuwające widza?
Po posiłku - spoceni na poły z upału, na poły z trudów obfitości drugiego śniadania, a może też z widokowych emocji - ruszyliśmy dalej, solennie sobie przyrzekając, że zjawimy się tutaj również w innych porach roku i doby, fotografiją się tu zająć pieczołowiciej. Gzy nas cięły już na całego, natręctwem swem maniakalnym dorównując juże nawet tylywizyjnej reklmie, dopadając coraz większymi szwadronami, nie zważając na to, iż prześladują przecie zacne persony, w cnych zamiarach Krainę tę nawiedzające.

Kaplica leśna i omszała studnia pośród nieprzemierzonych leśnych głuszy

Jednym z celów generalnych naszej włóczęgi, do których dotrzeć mieliśmy w swem zamiarze - była stara studnia zasilająca niegdyś w wodę mieszkańców nieistniejącej od półwiecza wsi Sochanie. Jako, że znajduje się tuż przy wykorzystywanej do dnia dzisiejszego leśnej drodze - łatwo ją odnaleźliśmy, a że była płytka, bo na poły zasypana - to i wliźć do jej gardzieli mogliśmy bezpiecznie, na żywca. Aby fotografie z jej omszałej czeluści wykonać. Co ciekawe - żywot swój studzienny pędzą tam małe żabki, które żywią się rozmaitemi owadami wpadającymi do studni, wabione zapewne wilgocią życiodajną. Obok tej starej, kamiennej wydłubano w ziemi nowszą, ocembrowaną "betonami", która jak najbardziej czynną jest i jej głębokość kilkunastometrowa wskazuje nam dobitnie jak głęboka była studnia stara. Zauważmy na koniec, że ta studnia jest kwadratowa! Zwykle spotykamy przecież studnie o przekroju kolistym.

Przecinka o jakiej marzy każdy skrótu wygodnego poszukujący

Jeśli spojrzymy na dokładną mapę tych odludnych leśnych zakątków - to obaczym pewnikiem, że dawną wieś Sochanie gdzie one dwie studnie się znajdują - łączy z wsią Młodowce (również dziś nie istniejącą doszczętnie) - parokilometrowej długości przecinka. Idealnie leżąca ze wschodu na zachód. A właśnie w onej dawnej wsi Sochanie stał kiedyś kamienny krzyż bruśnieński, któren jak wskazuje mapa do tej pory stać tam winien. Doń to właśnie dojść mieliśmy, oną nieznaną nam przecinką.
Zazwyczaj - podczas typowej Extreminady - w kulminacyjnym dnia momencie - następuje marsz na azymut, w nieznane, błądzenie okrutne, kołowanie obszerne i odkrywanie przez to nieznanych nam zaskakujących wspaniałości. Tako znając wiele przecinek, które zarośnięte i niknące w knieji więcej nam szkodzą w orientacji niźli pomagają - mieliśmy właśnie nadzieję na ów etap błądzenia teraz... Tymczasem okazało się, że tak wygodną drogą to już dawnośmy po Roztoczu nie leźli. Czytelna, przestronna, wygodna, bez zakrzaczeń najmniejszych, piaskowa więc stopom przyjazna, sielska. Gdyby nie upał i nieliczne gzy to szłoby się nią wręcz błogo. A do tego po drodze nazbiraliśmy kurek oraz opachliśmasię taką ilością wielkich jak mirabelki jeżyn, iże aże ciężko było iść dalej z tem wewnętrznym balastem w trzewiach. Zaskoczeni, a wręcz zniesmaczeni pierwszym w historii naszych eskapad skrótem, któren ani nas nie sponiewierał, ani na manowce nie wyprowadził - dotarliśmy po dłuższej człapaninie do celu bez najmniejszych orientacyjnych problemów. W okolicy wsi Młodowce na skraju lasów i złotych od zbóż pól - mieliśma onaleźć ów krzyż - pozostałość po dawnych mieszkańcach Młodowców ale niestety w poszukiwaniach ponieśliśmy klęskę.

Krzyż na Młodowcach

Dziwna to istoryja z tym krzyżem, bośma go nie zdołali odszukać, mimo pozornie łatwego terenu i w sumie o umiarkowanem chaszczy rozroście. Pierwsza próba szukania rychło skłoniła nas do prędkiej kapitulacji i poszukiwań miejsca na spoczynek. Gzy jak szerszenie, głód, mokre od potu łachy, ciążące plecaki z balastem fotograficznego złomu oraz parnota niemożebna - wspólnemi siłami swego drańskiego kolektywu powaliła nas w końcu na ziemię, w niewielkim sosnowym zagajniku.

Popas i odetchnienie

Padliśmy więc w onym zagajniku nie spiesząc się z gotowaniem strawy, tako byliśma tym włóczęgostwem letnim udręczeni. Sycąc się błogim bezruchem, cieniem i chłodnym wiatru zawiewem oraz brakiem gzów nad głowami, które na polach oblepiły nas jako te muchy w Afryce. Trudno wprost w takim momencie pojąc jak można czerpać przyjemność z podróży do równikowych lasów deszczowych i cierpieć jeszcze przecie srożej dokuczliwsze udręki insektów. Toć to chyba masochizm jaki turystyczny.
Godzinę przeszło tako leżeliśmy, o pnie sosen poopierani głowemi steranemi zmęczeniem, jako zmordowani długim marszem partyzanci, po czem przypitrasiliśmy strawę, a że była ostra i gorąca - siódme poty na nas wystąpiły, co nie było wcale miłe w tych okolicznościach pogody. To nasze zaleganie wykorzystał wróg numer 1 wszelkich leśnych wędrowców - kleszcze. Dwa udało się zebrać zanim skryły się za odzieniem, trzeci ugodził Piotra niepostrzeżenie i został wydłubany dopiero po powrocie. Plaga kleszczy wiąże się bezpośrednio z hodowlą zwierząt dzikich, w której celują zarówno ekolodzy, jak i myśliwi - każdy z innych pobudek. Od lat kilku obserwujem, iż kliszczy przybywa w zastraszającym tempie i zdaje się dopiero jakaś epidemija boleriozy i inszych neurologicznych problemów  - "hodowców" tych skłoni do opamiętania. Boć niedobór zwierza mniej szkodliwy jak jego nadmiar.

Klęska

Nie mam pojęcia czy to ze zmęczenia, przegrzania czy ospalstwa, a może niedowidzenia - aleśmy mimo usilnych usiłowań i szczegółowych poszukiwań - krzyża onego nawet przy drugim podejściu nie odnaleźli. Trzeba więc nam porą milszą wędrówce i przy roślinności zmarniałej zimnem - powrócić i obiekt ten jednak zlokalizować, honor ratując.

Odwrót senny, do marszu niedobitków podobny

Rozczarowani tą klęską ostatnią poleźliśma nie wiadomo po co jeszcze parę kilometrów na południe, szukać kolejnej zagubionej pośród lasów kapliczki ale, że mrok już był blisko, a do kapliczki droga wyraźna żadna nie prowadzi - uznaliśmy, że czas do odwrotu już najwyższy, boć w dzień letni obszerny i tak na nogach człek jest długo, a nocny marsz nadprogramowy mógłby nas zbytnio usrodzić. Wróciliśmy sobie wygodną, wąziutką asfaltową drożyną leśną, zamkniętą dla ruchu publicznego, która stanowi doskonałą trasę dla cyklistów szosowych, turystycznych i familijnych, łaknących wygody podczas jazdy i znalezienia się w sercu leśnej głuszy zarazem.
Trasa ta długa łączy Złomy Ruskie z Nowym Brusnem i jako drogę rowerową - gorąco ją możemy polecić. Jako, że wykorzystywana jedynie przez auta Lasów Państwowych i myśliwych - ruch tam praktycznie nie istnieje.

Wieża widokowa która istnieje tylko na papierze

Jakeśmy do auta doczłapali - zachciało się nam poleżeć na platformie wieży widokowej przy ścieżce edukacyjnej na Kobyle Jezioro, którąśmy znali jeszcze z czasów jak powstawała i dawno jej nie nawiedzaliśmy. Okazało się, że zbyt dawno i wspominana w publikacjach roztoczańskich wieża widokowa na Kobylim Jeziorze, w rzeczywistości od jakiegoś już dłuższego czasu nie istnieje. Uległa najwyrażniej bijodegradacyji. Miejma nadzieję, że obiekt ów wzniosą na nowo, chociaż patrząc na wysokość rozrosłych drzew wokół - wątpić można czy z tej wieży nowej, jakikolwiek widok można by było podziwiać teraz. Tak to już jest, że założenie rezerwatu powoduje totalne jego zarośnięcie, bo wstrzymuje się wycinkę drzew i krzaczorów pospolitych, które cenne gatunki prędko zagłuszą. Ot taka swoista dewastacja poprzez ochronę.

Powrót

Cóż było robić? Jeszcześmy po dordze za Dębinami, w różowawym świetle zorzy wieczornej urokliwy krzyż przydrożny pofotografowali, nękani przez komary aby w końcu pociec do Zamościa - drogami o tej porze swobodnemi i luźnemi, jazdę błogą nam serwującemi.
Nado nam pamiętać aby nie wracać z pleneru za wczesno, w tłumie tako wracających - ale późno, możliwie w nocy, kędy na drogach bezpieczniej, nie wspominając już o tem, że nie godzi się ulegać syndromowi panicznego odwrotu, któren charakteryzuje "niedzielnego turystę".

Video



Tekst: Tomasz Piotrowski
Zdjęcia: Tomasz i Marek Piotrowscy
Wideo: Marek Piotrowski

Relację ilustrują zdjęcia cyfrowe. Analogowe fotografie wykonane podczas tej Extreminady ujrzymy w przyszłości, kiedy dodamy je do naszych galerii

LITERATURA
Podczas tej Extreminady korzystaliśmy z następujących publikacji:
  • Mapa "Horyniec Zdrój - uzdrowisko i gmina - Roztocze Południowe (Wschodnie) w skali 1:50 000, z korektą "GERP"
  • Wład P., 2004 – Roztocze Wschodnie, mapa turystyczno-topograficzna, skala 1: 60 000, Wydawnictwo naukowe, turystyczne i edukacyjne, wyd. II, Mielec
  • Przedwojenne mapy WIG - arkusze "Narol" i "Tomaszów Lubelski"
 
 
 
 
 
 
 
 
 
All © Copyright 2000 – 2012 Marek & Tomasz Piotrowscy.
Wszystkie teksty i zdjecia na stronie oraz sama witryna sa objete prawami autorskimi.
Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i pisemnej zgody autorów jest zabronione.