Dojazd w kra¶nych omszadzia³o¶ciachW d³ugiej, trwaj±cej ponad dwie godziny podró¿y z Zamo¶cia do Huty Kryszta³owej, obserwowaæ dane nam by³o okaza³e szadzi omsza³o¶ci, uatrakcyjniaj±ce - sam sobie przecie ma³o zajmuj±cy - listopadowy dekadentyzm w przyrodzie. Niestety nie mogli¶my zatrzymywaæ siê i napa¶æ tem nader zajmuj±cem zjawiskiem naszych fotograficznych pu³apek na ¶wiat³o, obaby nie zaprzepa¶ciæ osi±gniêcia celów nadrzêdnych. Tym bardziej, ¿e plany zakre¶lili¶my ambitne, a deputat czasu i ¶wiat³a przydzielono nader nam w±t³y. W horynieckiej placówce Stra¿y Granicznej zg³osili¶my swe zamiary w³óczêgowskie, po to by pó¼niej niespodzianym pojawieniem na granicy nie uruchamiaæ si³ prêdkiego reagowania oraz by nie traciæ czasu na wyja¶nienia. Bo wiedzieæ trzeba, ¿e pojawienie siê obcych w rejonach przy samej granicy nie uchodzi uwadze cywilnych obserwatorów w oknach domostw, którzy pewnikiem rych³o powiadomi± pograniczników. Aby wiêc oszczêdziæ wojakom nieuzasadnionego alarmu - zg³aszajmy koniecznie najpierwej zamiar zbli¿enia siê do granicy.
Dezorientacja ¶nie¿na i farmakologiczna oraz jej ob³êdliwe skutkiLedwo¶my wstrzymali mechaniczn± doro¿kê, vis a vis starej gorzelni w Kryszta³owej Hucie, ledwo¶my po kubku arbaty w wersji "unplug" wychylili za pomy¶lno¶æ naszych usilnych usi³owañ - a ju¿ci znienacka nadspodziew niespodziewanego jê³o tak rzêsi¶cie sypaæ mokrem, nawalnym ¶niegiem, i¿e w niemnimaczki ca³e otoczenie dot±d zupe³nie bez¶nie¿ne - jeno szadzi± zabsiwia³e - kompletnie bia³ym siê sta³o. Tako nagle, ¿e a¿e zdêbieli¶my z wra¿enia widz±c ow± nag³± transformacyjê, dziwuj±c siê i zamartwuj±c zarazem - boæ to nam przecie w³óczêgi, ni fotografowania dzi¶ pewnikiem nie u³atwi.
Pochwist przera¼liwie jêcz±cy po¶ród z³owieszczych konarów prastarych drzew - zaszpachlowa³ szytko tak dokumentnie, i¿e cz³ek straci³ z oczu wszelakie orientacyji s³u¿±ce pomoce gieograficzne. W takich - tê¿ej±cych bielmem bieli warunkach - przysz³o nam wêdrowaæ dzieñ ca³y i nocy spory kawalec. A wiedzieæ trzeba, i¿ sypi±cy ¶nieg gorszyj jest ni¼li gêstej mg³y otumanienie, bo na domiar z³ego - gdy sypie w oczy - nie pozwala w dal pozieraæ. A jak wiadomo bez patrzenia nie ma widzenia, a bez widzenia nie ma wiedzy co do pozycji naszej w czasoprzestrzeni. Za¶ bez wiedzy o pozycji naszej w czasoprzestrzeni - pewne jest, ¿e w ob³êdliwo¶ci poczynimy wydatne postêpy, dochodz±c nie tam gdzie¶my se upatrzyli dotrzeæ chcieæ. Wybitne trudno¶ci meteorologiczne wzmóg³ jeszcze jeden nieprawdopodobny i niespodziewany k³opot - dezorientuj±cy czynnik farmakologiczny. Kamrat Tomasz - pe³ni±cy rolê wodcy - przyjmowa³ ku zdrowotno¶ci pewien antybiotyk, któren w trudnych do wyliczenia skutkach ubocznych, zawiera³ te¿ taki, na wie¶æ o którym druhom wodcy miny zrzed³y. Czynnik ów powodowa³ ni mniej, ni wiêcej ino siln± dezorientacjê u pacjenta. Te dwa wzmagaj±ce ogóln± nasz± dezorientacjê problema sprawi³y, i¿ niemocen wodz±cy, swemi decyzjami co do kierunku marszu sia³ po¶ród swych towarzyszy niedoli - ¶miech i przera¿enie.
Najpirwej ruszyli¶my ku wschodowi, nawiedzaj±c prastare dêby, skupione w grupê, które zdaje siê jedynie cudownem zrz±dzeniem Opatrzno¶ci opar³y siê toporom w czasach powojennych, kiedy o ochronie stworzenia ma³o kto my¶la³. Sta³ tam u dróg rostaju, stary drewniany krzy¿, dziêki czemu jak na razie wiedzieli¶my gdzie jeste¶my i kêdy zmierzamy. Kolejn± pomoc± orientacyjn± okaza³a siê obro¶niêta dzikiem winem ambona my¶liwska. A wiedzieæ trza, i¿ miejsce to o rzut statywem znajduje siê od naszej obecnej granicy pañstwowej.
Dalej ju¿ nie by³o ¿adnej drogi, ani orientacyjnych wskazówek, jeno smagane okrutnie przez wicher pola, które wydawa³y siê zupe³nie bezkresnemi, w tej i¶cie dyabelskiej zawieji. Chocia¿ cz³ek nie wiem jakby wzrok wytê¿a³ to nico nie widzia³, jeno powieki mru¿y³ gdy mu oczne sztyfty lód posiek³ okrutnie. Jawi³ siê wtenczas jako ten kret co w samo po³udnie z kopca ³eb wystawi³. Tu w³a¶nie z ca³± moc± odezwa³y siê owe dwa dezorientuj±ce czynniki. Gdyby nie kompasu pomocna ig³a, to nie wiem gdzie by¶my zaszli i jak nieprawdopodobna by³aby teraz ta nasza istoryja. Po tu¿ w³a¶nie b³±dzenie ma tak wielkie znaczenie w maksymalizacji przygód wêdrowca. Boæ im gorsza zawierucha tym ciekawiej siê podró¿uje. Marsz w aurê sielsk±, na domiar nudnego z przewodnikiem, któren wiedzie nas po znanych doskonale sobie ¶cie¿kach, i o zgrozo ani razu nie zada sobie nawet trudu pob³±dzenia - nie ma w sobie tych niepomnianych emocji, niepewno¶ci i komicznej grozy, jaka cz³eka ogarnia gdy u¶wiadomi sobie, ¿e zab³±dzi³ i to nie teraz, a dwie godziny temu. Wiec zamiast do celu siê zbli¿yæ - ten siê od celu uporczywie oddala³! A wszak i ledwo ju¿ na nogach stoi, a i sapie nie gorzej ni¼li ten s³oñ, któren zapragn±³ wzi±æ udzia³ w maratonie.
Smolin Andruszewski - dawna posiad³o¶æ rodziny AndruszewskichMeandruj±c beztrosko w ¶nie¿nej zawierusze, potykaj±c siê co i rusz o skamienia³e od mrozu nocnego nierówno¶ci pól - w koñcu nie wiedzieæ jak i czemu - dotarli¶my do strojnego w ¶nie¿ne szaty parku ozdabiaj±cego tu drzewiej dwór rodziny Andruszewskich - wspania³ego ¶ladu po zamieszkuj±cych tu polskich ziemianach. Andruszwscy w ostatniej chwili uniknêli ¶mierci z kainowych r±k ukraiñskich nacjonalistów, ostrze¿eni przez pana Ludwika Burka - cz³eka bezcennie wspania³omy¶lnego i mi³osiernego, szczególnie w obliczu okrucieñstwa z jakim torturowano i mordowano Polaków na naszych wschodnich rubie¿ach. Dzi¶ w tem niezwyk³em miejscu pozosta³y jeno ceg³y po dworze, no i sam nastrojowy park, obfituj±cy w stare, pomnikowe drzewa. Gdyby dwór sta³ dot±d - okolica jawi³aby siê wprost bajecznie, jednak cieñ krwawych zdarzeñ z przesz³o¶ci sprawia, ¿e cz³ek odczuwa tu dziwny smutek - aby nie powiedzieæ lêk nawet, na my¶l do czego zdolny jest cz³owiek, gdy odrzuci chrze¶cijañskie przykazanie mi³o¶ci bli¼niego.
Wielce krasna aleja lipowaPo za¿yciu kolejnej dawki mocno dezorientuj±cego medykamentu, wodca wyra¼nie zatraci³ rozeznanie w terenie, co objawi³o siê miêdzy innszemi silnem meandrowaniem po¶ród pól i bezradnym niezdecydowaniem co do rozeznania to¿samo¶ci obserwowanych obiektów. Przy pomocy jednak swych niezawodnych towarzyszy, którzy swem wodc± poszturchiwali jako be³kocz±cym manekinem oraz wspomo¿enia mapy i kompasu - uda³o siê w koñcu dotrzeæ do niesamowitej alei lipowej, kolejnego ¶ladu po dawnych, prze¶wietnych czasach w tym dzi¶ zapad³ym miejscu. Niepodobna nie przej¶æ piêkn± alej±, bawi±c w tych stronach, chociaj z oczywistych wzglêdów lepiej tu zajrzeæ kiedy prastare lipy kwitn±, a nie gdy w ¶nie¿nej zadymce wygl±daj± niczym straszne jakowe¶ potwory, ³ypi±c na wêdrowca pustymi oczodo³ami swych wielkich, nie przeniknionych dla wzroku cz³eczego dziupli.
Uczta w chlewniNieopodal alei pamiêtaj±cej nie tak znowu odleg³e czasy ¶wietno¶ci folwarku w Hucie Kryszta³owej, znajduj± siê zabudowania PGR-u, które w³a¶nie na miejscu onego zniszczonego folwarku postawiono, a które dzi¶ z kolei niszczej± niespiesznie, popadaj±c w ruinê. I tak oto ko³o historii domknê³o siê. Spogl±daj±c na mapê tych okolic alboli czytuj±c przewodnik - to w³a¶nie w oczy siê rzuca w nazewnictwie miejsc i obiektów, ¿e wszystko tu jest dawne - czyli obecnie nie funkcjonuj±ce. Pocz±wszy od dworku, folwarku, m³yna, gorzelni, PGR-u, trakcie, a skoñczywszy na kopalni siarki nieopodal.
Tymczasem ¶nieg nieustannie, a¿ do znudzenia sypa³ z nieba ca³ymi szuflami, cebrzykami i dzie¿ami... mokry, ciê¿ki...
Zasypywa³ wnêtrza plecaków, gdy siê je otwiera³o, moczy³ aparaty foto gdy chcieli¶my kadr jaki ustrzeliæ - mêczy³a nas ta ¶nie¿yca okrutnie, cz³ek czu³ siê jakby ¶nie¿ny potop nasta³, czy jakowa¶ insza plaga. Najpirwej mieli¶my w zamiarze spo¿yæ obiad w którym¶ ze schronów linii M³otkowego w okolicy - jednak obawiaj±c siê, ¿e zastaniemy tam chlew - uznali¶my, i¿e lepiej bêdzie zje¶æ obiad w chlewni z prawdziwego zdarzenia. Tym bardziej, ¿e stali¶my w³a¶nie obok tej¿e, a przy bli¿szym przyjrzeniu siê tym obiektom - zaskoczy³a nas ich sterylna niemal czysto¶æ. Otwarte na o¶cie¿ wrota zaprasza³y do wnêtrza, szybki w oknach wybite zapewnia³y przewiew i wentylacyjê, posadzka jakby nieu¿ywana wygodê serwowa³a, ¶ciany obdarte wiêc ¶ladów po dawnej tu hodowli w³a¶ciwie nie by³o. A co najwa¿niejsze - ¿adnej przy tym fetorji koliduj±cej z aromatem naszego posi³ku - równie¿ nie wyniuchali¶my. No i nie dziwota - wszak chlewnia w Hucie Kryszta³owej równie¿ winna byæ kryszta³owo czysta. A do tego te obszerne, zadaszone wnêtrza, gdzie ¶nieg nie móg³ nam padaæ w miski! To nas wystarczaj±co zachêci³o do roz³o¿enia siê w³a¶nie w chlewni. Siedz±c ka¿dy ze swoim przeno¶nym korytkiem na kolanach, chrz±kaj±c z zadowoleniem, uznali¶my jednog³o¶nie, ¿e lepiej w miarê pewne produkta spo¿yæ w chlewni, ni¿ nieznanego pochodzenia i wieku wykwintne potrawy w jakiej¶ podstêpnej restauracyji. Boæ wiadomo, ¿e w ¶wiecie, w którym bo¿kiem sta³ siê pini±dz - karczmarz dla zysku po³o¿y ci na talerz kês zmumifikowany na wzór egipskiego faraona, alboli jakowe¶ chemiczny wynalazek przemys³u petrochemicznego, którego nie tkn±³ by nawet konaj±cy z g³odu pies, aby mêczarni wiêkszych unikn±æ. Miejcie wiec lito¶æ dla swech zacnych trzewi i omijajcie przybytki karczmarzy! Sami posi³ki sobie godziwe komponujcie z produków najwy¿szej jako¶ci, a w najgorszym wypadku gotowe co¶ ze sklepu zakupcie, bo przynajmniej tam na opakowaniu datê zdatno¶ci do prze³kniêcia poznaæ mo¿na.
Schrony linii M³otkowegoW okolicy Huty Kryszta³owej znajdziemy dwa takie betonowe obiekty militarne wzniesione przez sovietów. Jeden z nich jest dostêpny ³atwiej (ten na po³udnie od wsi), za¶ drugi tak zarós³ krzaczorami, ¿e o w³asnych si³ach odnale¼æ go nie mogli¶my. Do tego - po posi³ku nazbyt rozleniwiaj±cym umys³y nam chyba szwankowa³y, bo nie szukali¶my tam gdzie powinni¶my, dodatkowo ¶niegiem otumanieni jako te sko³owacia³e pingwiny. Szczê¶ciem akurat w tym momencie nawiedzi³ nas w Hucie pogranicznik aby zanotowaæ nasze personalia, i ten w³a¶nie jegomo¶æ ochotnie nam wskaza³ gdzie szukaæ nale¿y, tym samym znacznie nasze wêdrówki poszukiwawcze skróci³. A ile¶my si³ oszczêdzili to niepodobna nawet rozeznaæ, boæ ¶niegu warstwa przybra³a ju¿ na mi±¿szo¶ci od rana znacznie. Schrony oba s± wzglêdnie niewielkie, takie bardziej obserwacyjne ni¿ bojowe. Zobaczyæ warto ale lepiej chyba zim±, bo gdy jest ciep³o to ewentualne ¶mieci lub nieczysto¶ci wydzielaj± siln± woñ odoryzuj±c± nozdrza amatorów ich zwiedzania.
Tajna rampa kolejowaO tej¿e porze roku dzieñ ustêpuje pola nocy nazbyt pierzchliwie, i¿by skorzystaæ ze s³onecznego ¶wiat³a dostatecznie d³ugo. Zmierzch popêdza³ nas w d±¿eniu do dalszych celów, do których zalicza³y siê miêdzy innszemi stare, przydro¿ne krzy¿e oraz cmentarz giermañskich kolonistów w Baszni, po których osta³y siê jeno surowe i posêpne nagrobki. Tako w³a¶nie wszelakie kolonialne zapêdy pierwej czy pó¼niej skoñczyæ siê musz±. Dotarli¶my tam ju¿e autem, bo ostatnim punktem naszych usilnych usi³owañ dnia tego - by³a tajna rampa prze³adunkowa z czasów poprzedniego socjalizmu. Od miejscowego mieszkañca dowiedzieli¶my siê o istnieniu starego m³yna - oczywi¶cie dzi¶ nie istniej±cego.
W momencie gdy ciemno¶æ zapad³a ju¿e na tyle przestronna, i¿ fotografiê nocn± mo¿na by³o jedynie uprawiaæ - dali¶my dyla do przysió³ka o nazwie Czerwinki, by tam gdzie droga przejezdno¶æ sw± utraci³a - auto w terenie nieporadne porzuciæ.
Przy¶wiecaj±c sobie latarkami szli¶my ochoczo ku dawnej, tajnej, strze¿onej kolejowej rampie prze³adunkowej, gdzie nasz haracz dla zaborcy bolszewickiego by³ przerzucany z wagonów o normalnej szeroko¶ci na te ich szersze dziwol±gi. Ka¿dy kto mia³ tego pecha ¿yæ w tamtych czasach, zastanawia³ siê zapewne co u licha siê dzieje, ¿e gdy wszyscy pracuj±, gospodarka tak naparza, ¿e a¿e ¶rodowisko naturalne ledwo zipie od zanieczyszczeñ - a jednocze¶nie na pó³kach osta³ siê jeno ocet i musztarda. No i tutaj - w³a¶nie w Kapliszach niedaleko Huty Kryszta³owej mamy wyt³umaczenie tego fenomenu ekonomicznej czarnej dziury. Rampa dzia³aj±ca jeszcze w latach 80 - b³yskawicznie mo¿na by rzec znika z powierzchni ziemi. Nie ma ju¿e torów i podk³adów, niedawno zburzono budynki, po których osta³y siê wielkie pryzmy gruzu, parê s³upów energetycznych no i betonowa opaska samej rampy. Kto chce te ostatnie ¶lady ubaczyæ niechaj ukwapi, bo wnet teren pewnikiem zostanie zniwelowan, a posadzon tu las szytko ostatecznie zamaskuje. No chyba, ¿e pod ziemi± jest jeszcze co¶ o czym nie mamy pojêcia, ¿e jest. Szczê¶ciarzami s± ci, którym uda³o siê tutaj zawitaæ z aparatem foto, w momencie gdy obiekt przesta³ byæ strze¿ony, a równocze¶nie nie zosta³ jeszcze zdemontowany. Do nich my niestety nie nale¿ymy.
Ogniska nocnego pociechaPo ca³ym dniu bieganiny przez o¶nie¿one pola byli¶my ju¿e srogo umordowani. Nie czuj±c tego chaotycznie ³ypali¶my szperaczami - maszeruj±c po nieludzkich wertepach rozoranego ciê¿kimi machinami nasypu kolejowego - zmierzaj±c z uporem maniakalnym w stronê rampy, co chwilê wpadaj±c w jakie¶ b³otne do³y, podstêpnie warstw± lodu zamaskowane, jawi±ce siê z³o¶liwie jako grunt stabilny.
Wci±¿ sypi±cy jak oszala³y ¶nieg wprawdzie ogranicza³ mocno widoczno¶æ ale nie utrudnia³ orientacji - bo wiód³ nas prosty jako gieoglif z p³askowy¿u Nasca - kolejowy nasyp. Trzymanie siê onego nasypu gwarantowa³o doj¶cie do celu i to po linii prostej, czyli najkrótszej. Maj±c jeszcze w pamiêci ostatnie b³±dzenie w mrokach lasów miêdzy Siedliskami a Mrzyg³odami - woleli¶my nie ryzykowaæ kolejnego nadprogramowego kó³ka jakie na cz³eka czeka gdy za nadto uwierzy w swoje mo¿liwo¶ci, tym bardziej, ¿e przecie wodziciel tej ekspedycji mocno niedomaga³.
W koñcu dotarli¶my do samej rampy. Niestety zawiedzeni stanem budowli, które wzd³u¿ niej sta³y - jako pryzmy gruzu przygotowanego do wywiezienia. Po z³a¿eniu rampy wszerz i wzd³u¿ w tych ekstremalnie niesprzyjaj±cych warunkach, które jednak niebywale nam wêdrówkê urozmaica³y, poprzez tworzenie niesamowitego nastroju - zrzucili¶my z ulg± brzemiona plecaków, tu¿ przy stercie sosnowych ga³êzi, mocno ¶niegiem przywalonych. Maj±c na celu przemienienie onego zamro¿onego opa³u w ciep³odajnych p³omieni po¿ogê. Nie ³atwo jednak nam z tym posz³o. Drwa mokre, dodatkowo w ¶niegu upaprane - pali³y siê opornie, mimo wlania w to proto-ognisko ca³ej flaszki dykty i zastosowania odpowiednio spreparowanej podpa³ki ³atwopalnej. Miejmy przeto na uwadze aby wybieraj±c siê w takich warunkach w plener, a maj±c równocze¶nie chêtkê na zapalenie sobie w jakiej¶ g³uszy ogniska - zabraæ ze sob± flaszkê benzyny lub nafty, bo przy takim drew nas±czeniu wod± - spiryt to za ma³o. Bez onych naukowych pomocy pierwej nas w ¶rodku zimy grom z jasnego nieba utrafi, ni¼li ognisko uda nam siê trwa³e zainicjowaæ.
Gdy jednak w koñcu, po mozolnych i cierpliwych staraniach - ogieñ rozbucha³ siê na dobre i bez grymasów trawi³ wrzucane weñ w ca³o¶ci ga³êzie, ¶niegiem umorusane. Pomarañczowe blaski roz¶wietli³y mroki lodowatych mar wokó³ - jê³o siê robiæ ciep³o i weso³o bo widno. Ogrzewa³o nas ognisko ale przecie nie tylko nas - bo rozmaite podziemne stwory, kryj±ce siê zim± w norkach, pewnikiem równie¿ z ukontentowaniem przeci±ga³y siê w swych legowiskach, czuj±c one ciep³o z góry promieniuj±ce - przytulaj±c siê do sufitu z lubo¶ci±. Kto wie czy ¿ywi±cy siê przecie d¿d¿ownicami kret nie wystawi³ wtenczas na jakim¶ patyku swoistej tej kie³baski i podpiek³ j±, korzystaj±c z rzadkiej zim± okazji zjedzenia czego¶ ciep³ego. Pewnikiem po naszym odej¶ciu przy ¿arze dawnego ogniska krêgiem te¿ siada³y sarny dziki i ³osie zmarzniête, kopytka swe rozcieraj±c. W ca³ej wiêc okolicy zapanowa³a rado¶æ nieopisana, która i nam siê mocno udzieli³a, zw³aszcza gdy¶my kie³baski zaczêli piec na naszym polowym grillu w³asnej produkcji. Niestety z braku inszych mo¿liwo¶ci musieli¶my siê zadowoliæ jako opa³em - drwami sosnowymi (boæ wokó³ bór sosnowy) - a wiedzieæ trzeba, ¿e so¶nia to drewno bodaj najgorsze z mo¿liwych do zasilania ognisk. Nie doj¶æ, ¿e kopci smolistemi dymami, które w miêsiowo wchodz±c paskudny mu smak nadaj± lepiku, to jeszcze pali siê zbyt prêdko, tako trza dok³adaæ nieustannie, spokoju ni wytchnienia przez to nie maj±c. Jak jednak mawiaj± starzy grzybiarze - na bezgrzybiu i rydz ryba... albo jako¶ inaczej. Gdy albowiem cz³ek zmarzniêty, umêczony i obola³y - to i na podk³adach kolejowych by strawê przypiek³, trzewia owym smolnym miêsiwem naszychtowa³ i pewnie by nie narzeka³. A sporo jeszcze onych podk³adów tam pozosta³o wiêc materia³ do eksperymentu mamy.
Zabiesiadowali¶my na rampie do ostatka opa³u, jednak nabici miêsiwem smolnym jako b±ki, równocze¶nie pokrzepieni naparem arbaty zacnej, li¶ciastej acz broñ Bo¿e nie chiñskiej jeno z Cejlonu - uznali¶my w koñcu, i¿ jest ju¿e tak pó¼no, i¿e nado zebraæ swe obola³e gnaty i rozrzucone, przysypane ¶niegiem klamoty by ruszyæ ku doro¿ce samojezdnej, acz nie spiesznie, z godno¶ci±, bez tego charakterystycznego dla turysty niedzielnego - syndromu panicznego odwrotu, któren objawia siê u wiêkszo¶ci podró¿uj±cych ju¿e w godzinach wczesno popo³udniowych.
Nadzwyczaj leniwy powrótLód i ¶nieg na asfalcie, oblepione ¶niegiem drzewa, nieliczni sobotnio-weselni kierowcy jad±cy z niepokoj±c± fantazj±, ³ypi±ce ¶lepia dzikich stworzeñ na poboczach, prawdziwa ciemno¶æ, jak± mo¿na obaczyæ tylko z dala od ³un ¶wiate³ wielkich miejskich molochów i szytko to obaczane podczas jazdy w tempie 40 km/h. Bo szybciej siê nie da³o, mimo opon zimowych. Zreszt± lepiej jechaæ wolniej, a w ogóle dojechaæ ni¿ spieszyæ siê i wyl±dowaæ w rowie, boæ... zdajemy sobie chyba sprawê co oznacza z dala od cywilizacji pojêcie - "sobotni wieczór". Mo¿e nie wszyscy siê orientuj± wiêc zwiê¼le obja¶niê.
Sobotni wieczór, alboæ to w mie¶cie aliboæ na wsi oznacza na ca³ym ¶wiecie jedno - dalek± od fizjologicznej zawarto¶æ alkoholu we krwi. O ile w miastach mamy do dyspozycji pomoc drogow±, której pracownicy przynajmniej w teorii opojnemi byæ w pracy nie mog±, to ju¿e na wsiach, z dala od miast, gdzie musimy liczyæ jeno na osoby prywatne - mo¿na byæ niemal pewnymi ¿e nikt Ciê nie poratuje, bo czy ma³e czy du¿e - wsze s± wieczorem ju¿e zaprawione jako te b±ki. Boæ to z³oty czas dla wszelkich dmidzbanów, o¼ralców i suszykufli.
Sytuacjê tê tragikomiczn± ju¿e nie raz mieli¶my okazjê poznaæ na Roztoczu popadaj±c w tarapaty, a najostatniej jake¶my zab³±dzili w le¶nej g³uszy miêdzy Siedliskami a Mrzyg³odami, kiedy w tej wiosce drugiej jaka¶ zatroskana nami babinka - na pytanie o pomoc w podwiezieniu nas do Siedlisk, za³amuj±c rêce, odpar³a z trosk± takimi oto s³owami:
- Ch³opcy, ³oj ch³opcy - wy tu nikogo teraz ju¿ nie znajdziecie, ³oj nikogo nie znajdziecie.
Zapewne zmarniali, zmokniêci i ub³oceni jako te dziki co wymknê³y siê nagonce - przedstawiali¶my widok godzien wspó³czucia, a cel odleg³y dodatkowo dodawa³ dramatyzmu naszej sytuacji.
I tak te¿ siê sta³o - nie znale¼li¶my nikogo trze¼wego! We wsi z podwórek i z cha³up nios³y siê rubaszne ¶piewy, odbijaj±c echem stukrotnym od okolicznych wzgórz przez co zdawa³o siê, ¿e postrzêpione i z³owrogie czarne drzewa równie¿ usposobione s± dziêki tej atmosferze weso³o. Za¶ jelenie i dziki pewnikiem niezdarnie kolebi± siê w tañcu, ws³uchane w odg³osy weso³e ze wsi dochodz±ce. Z buta wiêc nado nam by³o le¼æ kilometrami - po nocy, lasami, rozje¿d¿onymi przez ci±gniki drogami, ub³oconymi niemi³osiernie, ryzykuj±c kolejne zab³±dzenie - tako po doczo³ganiu siê do auta ledwo ju¿ dychali¶my przysiêgaj±c sobie, i¿e kompas bêdziem nosiæ zawsze przy sobie, jako zegarek.
Tak wiêc szczególnie zim± na Roztoczu, zw³aszcza Wschodnim/Po³udniowym nie szar¿ujmy przy go³oledzi aby przygód nazbyt nieprzyjemnych nie do¶wiadczyæ, gdy z rowu auta nikt nam wyci±gn±æ nie bêdzie móg³. Chociaj przygody takie z pewno¶ci± pó¼niej najd³u¿ej s± wspominane, kiedy ju¿ strupy nam zejd± z przys³owiowej ¿opy i a¿e tak swych udrêk ju¿ nie pamiêtamy, boæ ostaj± pozytywne w pamiêci jeno wspominki.
Zreszt± - po có¿ siê spieszyæ i gnaæ na o¶lep? Czy¿ jazda ¶lamazarna, po³±czona z lubym podziwianiem okolicznych okolic, pozwalaj±ca na rozlu¼nienie krawata uwagi, swobodne rozmowy ze wspó³towarzyszami podró¿y i przede wszystkim jazda bezpieczna - nie jest w sama w sobie warta zaznania? Czy¿ atmosfera ¶lamazarnie pokonywanej niekoñcz±cej siê drogi nie pasuje najlepiej do niespiesznego klimatu "dzikiego wschodu"?
A ju¿ci!
Tekst: Tomasz PiotrowskiZdjêcia: Tomasz & Marek PiotrowscyKorekta: Tomasz MichalskiLiteraturaPodczas przygotowywania relacji z tej¿e hej¿e Extreminady korzystano z nastêpuj±cych publikacji:
1. Przewodnik turystyczny Paw³a Rydzewskiego "Roztocze Po³udniowe" , z cyklu "Szlakami pogranicza".2. Mapa "Horyniec Zdrój - uzdrowisko i gmina - Roztocze Po³udniowe (Wschodnie) w skali 1:50 000, z korekt± "GERP"3. S³ownik StaropolskiWszystkie fotografie ilustruj±ce tê relacjê s± analogowe - na¶wietlone na filmie Kodak Ektar 100