Wstępu słowo objaśniająceWiosna to wyborowy czas aby poszukiwać, a zwłaszcza odnajdywać zabytkowe krzyże bruśnieńskie, rozsiane po całym Roztoczu Wschodnim i daleko dalej jeszcze. Mówię tu oczywiście o wiośnie wczesnej, bo im bliżej lata tym większy rozrost chaszczy, zielska i ogólnie rzecz nazywając buszu, który niemal uniemożliwia nam dotarcie do ukrytych w nim, zapomnianych zupełnie obiektów. Niegdyś stały oczywiście na widoku, przy wsiach, na dróg rozstajach ale po powojennych przesiedleniach dawne wsie zniknęły z powierzchni, pola zarosły lasem, drogi nierzadko zniknęły pod naporem ekspansywnej roślinności, pochłaniającej wszystko co stanęło na jej drodze. W miejscach tych nie prowadzono żadnych prac porządkowych ani wycinki więc wszystko jak rosło tak rośnie, jak padło - tak leży. Panuje dzięki temu w miejscach tych atmosfera podobna do tej z otoczenia prastarych świątyń Inków czy Azteków. Stąd gdy po wycieńczających poszukiwaniach uda nam się "odkryć" kamienny, przedwojenny bruśnieński krzyż - czujemy się jakbyśmy go odkryli jako pierwsi. Satysfakcja z odkrycia takiego obiektu jednak to nie wszystko - dla nas ważne jest fotografowanie kamiennych krzyży, gdyż niszczeją one przecie nieubłaganie i nado czem prędzej zachować je chociaż na kliszy filmowej aby w razie zniszczenia - ślad po nich został choćby tylko taki.
Taktyka naszych usilnych usiłowańMożna zajechać w dany rejon i eksplorować go pieszo przez dzień cały. Wówczas przeszukamy niewielki obszar gruntownie, jednak zwykle nie znajdziemy tam krzyży wiele, bo czas na szukaniu szybko zleci. Gdy zaś chcemy efektywność naszych usiłowań zwiększyć, dobrze jest podjeżdżać samochodem asfaltem, jak najbliżej miejsca, gdzie krzyż dany się znajduje i czynić takie szturmowe wypady poszukiwawcza, już oczywiście pieszo. Po znalezieniu lub poddaniu się - wracamy do auta i jedziemy do kolejnego obiecującego rejonu i znowu szukamy. Tak też i czyniliśmy tego dnia, znając prognozy synoptyków, którzy na drugą połowę dnia zapowiadali burze. Wiec czasu mieliśmy niewiele.
Otumanieni wonią podstępnąJuż jadąc do Zamościa nosy nasze okrutnie zaatakowała mdło lawendowa mydliniana smrodina, która jak się później okazało, sączyła się ze wszelkich kieszeni, schowków i zakamarków pojazdu. Gdzie człek nie zajrzał tam znajdywał fioletową choinkę Wunderbaum. Ciężko było myśli nam zebrać w tak gęstej atmosferze ale najgorsze, że nasz Kamrat nie od razu wyjawił nam po co u licha paskudztwa tego w aucie tyle tkwiło. Oczadzeni tym okrutnym wozduchem mieliśmy później spore problemy w poszukiwaniach i orientacji w terenie, przeto jęliśmy szperać i wszystkie te smrodełka chować w schowku zamykanym, bo juże jasne stawało się, iż nasza wyprawa może fiaskiem się skończyć, jeśli równowagi nie odzyskamy po tym otumanieniu. Dopiero gdyśmy Kamrata Waldemara przycisnęli, zdradził nam, iże auto jego właśnie niedawno od lakiernika wróciło (nie pytaliśmy już po jakim zdarzeniu drogowym owa wizyta nastąpiła), gdzie całe prześmierdło emaliami, i on właśnie jednym smrodem chciał drugi zadusić. Tako głowy bolały nas od emalii, a myśleliśmy, że od lawendowej mdłości. Fakt faktem, że od fetoru tego zmieszanego łeb pękał i nado było jechać z zupełnie otwartymi oknami, a i na postojach wietrzyć samochód na oścież aby mózgi nam pracować mogły.
Skład - jak z przed latOd samych początków naszych eskapad roztoczańskich wędrowaliśmy z Waldemarem zwanym Kalimarą i wspomnieć tu należy, iż Kompan nasz zacny należał do najbardziej odpornych na głód, chłód i niedolę podczas włóczęgi, z nas wszystkich. Kiedy inni słabli jak muchy - on obywając się bez wody i jadła - ducha nie tracił, specyficzny humor do tego go nie opuszczał, z którego słynął zresztą. Najbardziej w pamięci zapadły nam eskapady na Roztocze, kiedyśmy jechali tam takim 25 letnim oldtimerem
VW Passat, w którym wiele podzespołów już nie działało, stąd miał ów wiekowy wehikuł rozmaite nowatorskie rozwiązania zastępcze, budząc w nas zawsze niemałe zainteresowanie. Nie był na przykład w stanie ssać ropy z baku o własnych siłach, dlatego bak miał umiejscowiony tuż przy silniku, w postaci kanisterka, do którego wtykało się plastykową rurkę. Na końcu onej rurki mocowało się gazę, która stanowiła filtr paliwa. Aby zapalić auto nado było pierw ów "filtr" zdjąć z wężyka, zapalić bez filtra, sinik rozgrzać, a dopiero później wyłączyć. Szybko "filtr" na powrót założyć i zapalić raz jeszcze - aby móc właśnie z tą błoną jechać. Zimny bowiem silnik z gazą jakoś zapalić nie chciał. Pamiętam, że tylko jedna stacja paliw w Zamościu tolerowała tankowanie do "baku" przy silniku. Na innych obsługujący widząc, że zamiast do baku wpychamy pistolet od dystrybutora gdzieś do silnika, stawali się dziwnie nerwowi. Na nic były nasze zapewnienia, że olej napędowy tak łatwo nie eksploduje.
Trochę rozpisałem się o złotych czasach naszych pierwszych wypraw ale zdarzenia jakie wówczas miały miejsce warte są aby je przypominać.
Trasy zarysDojazd do Krainy Ciszy i Spokoju - jak zawsze z Zamościa wiedzie szosą hałasu i niepokoju - czyli sławetną siedemnastką, gdzie trup ściele się gęsto, boć to droga zdradliwa i nie wybaczająca brawury i zbytniej wiary we własne umiejętności oraz możliwości pojazdu którym kierujemy. Widokowo jednak droga to wspaniała, urozmaicona zakrętami i wzniesień oraz obniżeń zafalowaniami, z widokami nie pozwalającymi na znużenie z pewnością.
Jadąc dalej, przez Bełżec i Narol dotarliśmy do Werchraty i właśnie w rejonie tej wsi działaliśmy tej upalnej i dusznej niedzieli majowej.
AkcjaPo wspomnianym lakierniczym podtruciu umysłów, nie odnaleźliśmy pierwszego krzyża, mimo usilnych usiłowań poszukiwawczych. Odnaleźliśmy za to starodawne krzesło, na którym pewnikiem siada dziad borowy, kiedy po obchodzie kniei, zmęczy się przechadzką.
Później juże lepiej nam szło - tako bez większych omyłek odnaleźliśmy krzyż w masywie Góry Brusno, którego bezskutecznie poszukiwaliśmy jeszcze jesienią, nieco zmyleni rozbieżnością mapy z rzeczywistością. A krzyż to jak na zdjęciach obok widzimy - piękny i pięknie zlokalizowany w lesie, szczególnie o poranku wiosennym skąpany w przepysznych blaskach słońca.
Odwiedzaliśmy też i krzyże znane nam od dawna, jak na przykład ten przy nie istniejącej wsi Chmiele, któren szczególnie teraz jest wart polecenia obejrzenia, bo został podniesiony z ruiny przez
Grupę Eksploratorów Roztocza Południowego (GERP), zupełnie bezinteresownie. Zresztą to nie jedyny krzyż uratowany od niechybnego zniszczenia przez Członków onej Grupy, za co im nado wyrazić najwyższe uznanie.
Zajrzeliśmy również do skrytego w kniei miejsca, gdzie w czasach zamierzchłych, gdy szalała I Wojna Światowa, w owej zawierusze wojennej pilot aeroplanu w ziemię ugodził, stąd tam na pamiątkę krzyż ony stoi ze szczegółowemi inskrypcjami, opisującemi kim był ów jegomość.
Obok onego krzyża napotkaliśmy ścięte sosny, a przy nich klasyczne ślady po drwalach - węgle ogniska i flaszki po winie klasy "Palikot". A że byli to ludzie lasu, to i wino odpowiednie pijali po robocie - wino o smaku owoców leśnych.
Ślady te przypomniały nam, iż pora późna, a my trzewi jadłem dotąd nie pokrzepiliśmy, swe cielesności na głód narażając i wycieńczenie.
Ognisko mimo wszystkoPodczas klasycznej Extreminady nie może zabraknąć ogniska i choćby krótkiej przy nim biesiady, odpocznienia po wędrówki znojach. Problem w tym, że las chrzęścił od suszy, a nie godzi się przecie czynić jak owi drwale, i ogniska w suchej ściółce rozpalać. Nagle olśnienie mnie nawiedziło, boć przecie gdzieś tam w kniei jest głęboki jar, a w nim szemrze cicho potoczek Dublen, któren wody swe lodowate ciecze wszelkiemu stworzeniu ku orzeźwieniu i uciesze. Tako tam, u wód skaju mogliśmy śmiało mały ogieniek wzniecić, na gruncie mokrym i grząskim, aby mięsiwo przypiec. Za nim jednak posilać się zaczęliśmy, ablucji nado było zażyć w Dunblenie, aby cielesności upałem omdlałe ożywić, boć wiosna niby to była ale jakby letnio skwarna i przez to w szybkim marszu mecząca.
Spożyliśmy również rosół domowej roboty, z takim też ręcznie wyrabianym i krajanym makaronem, w którego produkcji wszystko było naturalne. I dopiero takowa potrawa może być Rosołem zwana. Wszelakie syntetyczne podróbki rosołu, wyrobami rosoło-podobnymi określać nado i dla zachowania zdrowia lepiej się onych zdobyczy chemii wystrzegać, boć toksyny skumulowane pierwej czy później mogą nam choróbstwem jakowymś trzewia zaatakować. A przecie na nic największe świata skarby gdy zdrowie popsowane.
Po skończonym posiłku i sjeście krótkiej wleliśmy na ognisko misek wody ze czterdzieści, dla spokojności. Spakowaliśmy dobytek i hajda ruszyliśmy w dalszą drogę, ku nowym krzyżom ukrytym nieraz tak pieczołowicie w gęstwinie, że i z dziesięciu metrów bywały niedostrzegalne.
Stosując taktykę "podjazdów i podchodów" - skakaliśmy to tu, to tam i trudno już ogarnąć mi pamięcią gdzie nas nie zarzuciło w rejonie Werchraty. Skończyliśmy w Zawałyli, gdzie stoi taki jeden krzyż (jeden z trzech), którego dotąd nie widzieliśmy, bo jakoś tak się składało, iże albo nie mieliśmy czasu zatrzymywać się w pobliżu, albo szukaliśmy latem upalnym, poddając się pokonani przez temperaturę, gąszcz i owady.
Udało się tym razem, co niezmiernie nas ucieszyło, a na dodatek okazało się, że krzyż jest otulony czterema potężnymi drzewami, stąd i nie łatwo go wypatrzeć. Bo wszędy wokół gąszcz niewyobrażalny lasu. Dawna droga zupełnie niewidoczna dziś na domiar trudnego.
Jeszcześmy dwa pozostałe krzyże nawiedzili, które tam tkwią w scenerii przypominającej istny rezerwat ścisły, bo co spadnie tak i pozostaje, nie tykane przez ludzką rękę.
Niestety przy ostatnim krzyżu zaczęło padać, a później runęła na nas ściana wody, więc wyprawę naszą musieliśmy uznać za zakończoną i czem prędzej zwinąć się do auta, zaparkowanego przy znanym bywalcom tych rejonów - przejazdu kolejowego. Bliskie pioruny popędzały nas w odwrocie, boć wiadomo, że iskra takowego atmosferycznego wyładowania lubuje się w przeskakiwaniu na drzewa, a gdy blisko onego drzewa człek się znajduje, to może on nie tylko zostać ugodzon oną iskrą, co z pnia zeskoczy na nieboraka, ale i napięciem krokowym nieszczęśnik równie skutecznie. Dlatego podczas burzy przyjmujmy postawę na baczność. Ale bez salutowania!
Powrót w ulew asyścieWzględnie bezpieczni w metalowej puszcze niechętnie ale z konieczności ruszyliśmy do odwrotu, opuszczając Krainę Ciszy i Spokoju, która niestety w długi łikend przeżyła jakowyś najazd turystyczny. Jakeśmy w Zawałyli krzyże fotografowali, to dołem -nie widoczną z góry
ulicą - przetaczała się kawalkada motocyklistów na jakowyś ryczących
potworach z dziurawymi tłumikami. Cały nastój tego miejsca prysł w tym
łomocie. Ni jak takie zjawiska z klimatem tego zakątka nie korespondują.
Powróciliśmy jak zwykle niespiesznie, jadąc daleko wolniej niźli nawet na to przepisy pozwalają, boć pośpiech do jakiego cywilizacyjne łapska nas zmuszają przejawem jest niewolnictwa, a Człek Roztoczański wolnym być musi i zegarek nie może mu rozkazywać.
Literatura: Podczas poszukiwań korzystaliśmy z mapy: "Horyniec Zdrój - uzdrowisko i gmina Roztocze Południowe (Wschodnie), 1:50 000, PiW Ostoja, Kraków 2007/2008Uwaga:Zdjęcia dołączone do tekstu są jedynie cyfrowym zapisem, wykonanym na potrzeby relacji. Prawdziwe - analogowe - fotografie ujrzycie za jakiś czas, kiedy zostaną dodane do naszych galerii. O tym fakcie - jak zawsze - poinformujemy w dziale "Aktualności" Tekst: Tomasz PiotrowskiZdjęcia: Tomasz i Marek PiotrowscyKorekta: Krzysztof Zdeb