Data: 16 luty 2009, od mroźnego świtu do mroźnej nocy. Cel: Jak zawsze głównym celem było fotografowanie czego popadnie ale też zmaganie się ze śnieżnym żywiołem zimy na dwóch kółkach. Uczestnicy: Marek Piotrowski, taki też Tomasz oraz gościnnie Piotr Wierzbowski. (www.piotrwierzbowski) Meteo: Rano pochmurno, po nocy mroźno, za dnia temperatura wzrosła do jakichś -2oC, po czym już po zachodzie słońca na powrót nastały mrozy, i o świcie dnia następnego było wręcz -15oC. Im bliżej popołudnia tym więcej słońca, zaś o samym zachodzie barw bez liku na niebie i ziemi, światłem prześwietnej omiatanej. Pojazd i dojazd: 3 bicykle Piotr przywiózł autem do Zwierzyńca i stąd też powróciliśmy. Piotr przyjechał i odjechał aż do Lublina. Trasa: Rowerami, a często obok rowerów pokonaliśmy z grubsza streszczając taką trasę: - Zwierzyniec - Florianka - Górecko Nowe - Górecko Stare - Górecko Kościelne - Rez. Szum - Tereszpol - Szozdy - Sochy - Zwierzyniec. Straty w ludziach i sprzęcie: Znaczne poobijanie, nieznaczne posiniaczenie wszystkich uczestników z powodu licznych celowych i bezcelowych wywrotek. Do tego pęknięta linka w przerzutce bicykla Tomasza oraz irytujące ochraniacze na buty Piotra, w których urwał się na końcu rzep mocujący.
Przedsłowie Od lat poruszamy się zimą na rowerach, zmagamy z największymi trudnościami meteo-terenowymi, jakich w ciepłej połowie roku nie zaznasz. Jednak relacji z takich zimowych wypadów rowerowych dotąd na stronie nie umieszczaliśmy, zgodnie z zasadą prawiącą, iż "szewc bez butów chadza". Dlatego postanowiliśmy Wam ku uciesze i inspiracji takową wyprawę przykładową przedstawić. Przed Wami niemal typowa zimowa extreminada rowerowa. Niemal bo w zespole dwuosobowym nigdy nie docieramy na Roztocze z Zamościa przy pomocy samochodu ale zawsze dojazd i odjazd jest czysto rowerowy. Jako, że jest zima - ruszamy ze stosownym poślizgiem!
"Syndrom UFO" i wpływ onego zjawiska na podniesienie poziomu bezpieczeństwa u obywateli Piotr dotarł do Zamościa z Lublina swym autem i dopiero z Grodu Hetmańskiego ruszyliśmy w pełnym składzie. Poniedziałkowy szary, zimny świt, przemarznięci nieliczni ludzie, nieliczne auta, pełno śniegu i mróz, na którym telepią się kanapowe psiny. Ulicami mknie srebrne kombi z dwoma bicyklami na dachu i trzecim w środku, budząc u owych nielicznych obserwatorów niebywałe zdziwienie, przejawiające się lekkim wytrzeszczem zaspanych jeszcze oczu. To typowe objawy "Syndromu UFO". Na nasz widok ludzie Ci zziębnięci z pewnością budzili się z półsnu i odrętwienia umysłowego, dzięki czemu zapewne skokowo wzrastała u nich trzeźwość umysłu i senność przemijała. Pewnikiem zarówno piesi jak i kierowcy za sprawą naszego wizualnego szoku bardziej później uważali na drodze - czyli swym przejazdem podnosiliśmy poziom bezpieczeństwa u obywateli. Po dotarciu jakże pokrętnie do tego osobliwego wniosku - mogę przejść spokojnie do sedna istoty celu naszej włóczęgi rowerowej.
Zimowy sezon rowerowy Iluż widzimy latem rowerzystów, a iluż zimą? Nieliczni niestety doceniają i korzystają z tej sposobności aby nabrać większej odporności i wzmocnić kondycję swą w czasie zimowym, poprzez właśnie jazdę rowerem. A przecież jesteśmy za sprawą rozmaitych udogodnień cywilizacyjnych coraz bardziej nieruchawi, bardziej cieplarniani, tyłki nam obrasta tłuszcz od ciągłego siedzenia w fotelach aut, biur i domostw. A na dodatek spożywamy tyle żywieniowego plugastwa, które trzewia nam bruka, spać nie daje, zgagami dręczy i wzdęciami okrutnemi brzuszyska nam rozdyma jak balony. Priorytetową więc winno być sprawą w tym świecie pędzącym ku zatraceniu aby do późnej starości zachować pierwszorzędną kondycję, sprawność, zdrowie i światłość umysłu - aby móc bronić się przed eutanazją jawną która za lat kilkadziesiąt będzie zapewne na porządku dziennym i ukrytą, która już od dawna istnieje. Bo jeśli emeryt nie może kupić sobie leków to umiera wcześniej i to jest właśnie eutanazja ukryta. Jednym z najprostszych i najtańszych sposobów aby nie dać się ukatrupić powyżej opisanymi sposobami - jest jazda bicyklem również zimą - a raczej zwłaszcza zimą. Wtenczas bowiem opory toczenia są większe, powietrze czystsze, więc prędzej jeszcze kondycję swą wzmocnimy niźli latem. Tym bardziej jest to ważkie, że zimą jemy tłuściej i obficiej, a spalać nadmiarów kalorii nie da się bez srogiego wysiłku na świeżym powietrzu. I żadna cudowna dieta, żadnego szarlatana, nam nie pomoże. Mając jednak świadomość, iż jest to wciąż u nas wołanie na puszczy, bo ludzie przecie nawet kilkaset metrów do sklepu jadą dziś autem - pragniemy jednak z uporem maniaków zimową aktywność propagować, również przez tą skromną relację.
Dojazd Z Zamościa postanowiliśmy dotrzeć do Zwierzyńca drogą drugorzędną, przez Obrocz gdyż tam mieliśmy okazję podziwiać śniegi pierwszorzędne. Tak bowiem się składa, że na drodze pierwszorzędnej przez Szczebrzeszyn - widoki są drugorzędne. Jadąc zaś przez Obrocz mamy też więcej spokoju i większe bezpieczeństwo, boć aut jest mniej i jeżdżą dużo wolniej - ruch tam bowiem zachodzi jeno lokalny. O ilości śniegu na drzewach świadczyły dobitnie nie tylko prześwietne scenerie śnieżne ale także wywrócone drzewa, które padały tej nocy pod naporem śniegu. Jedna z sosen przewróciła się w poprzek jezdni, po drodze demolując linię telefoniczną, zawieszoną na zabytkowych, drewnianych słupach. Jakeśmy tam jechali - sosna była już przecięta i droga wolna. Dzięki Opatrzności nikt tamtędy nie jechał gdy drzewo się wywróciło. Pługi zgarniały nadmiar śniegu, który padał przecie od wielu dni, wszędzie cieszyła nas biel powszechna, zapowiadająca prawdziwie zimowe warunki podczas dzisiejszej eskapady.
Stratujemy z małym opóźnieniem Które spowodowało urwanie linki od przerzutki w moim bike`u. Musieliśmy wpierw odnaleźć sklep z częściami w rynku Zwierzyńca i czym prędzej wymienić linkę, by móc korzystać z wszystkich biegów. Przy okazji polecam ów sklep, w którym człek życzliwy wspomógł nas pożyczając niezbędne narzędzia.
Trakt Florianiecki zimą Pierwszy etap naszej włóczęgi wiódł Traktem Florianieckim. Jako, że ów trakt ma wespół z tzw. Drogą Gródź dobre kilkanaście kilometrów i wiele po drodze widzieliśmy - wypada coś więcej na ten temat napisać. Las prezentował się wszędzie w sposób trudny do opisania, był po prostu śniegiem kompletnie zawalony, a bezruch powietrza sprawiał, że stan ów trwał w najlepsze, więc na razie nie spieszyło się nam specjalnie w uwiecznianiu onych wspaniałości na matrycach i filmach. Cały ten błogi dzień zimowy panowała przejmująca i niczym nie zakłócona cisza. No prawie - bo my ją czasem zakłócaliśmy - zwłaszcza podczas wywrotek. Minęliśmy wpierw bezludne o tej porze roku i doby - Stawy Echo, by czym prędzej wjechać na Trakt Florianiecki, gdzie ku naszemu wielkiemu zadowoleniu jakiś traktorowy wehikuł odcisnął dwa pokaźne ślady w dość głębokim już śniegu. Ślady te zlodowaciałe stwardniały na tyle, że jechało się po nich gładko, równo i bez wysiłku niemal. Niestety do czasu... ale o tym później. Tak dotarliśmy prędko do torów LHS-u, wcześniej nawiedzając Czarny Staw, który zimą prezentuje się chyba najciekawiej. Niestety gdyśmy fotografowali ów Staw o toni czarnej jak negatyw śniegu - Traktem przejechał ciągnik z pługiem i wyrównał koleiny, maskując tym samym lodowe ślady. Zgotował nam tym istną katorgę, jaką musieliśmy odcierpieć aż do Górecka Nowego. Na czym owa katorga polegała? Ano nie widząc gdzie pod równą taflą śniegu jest twarda koleina o lodowej powierzchni, a gdzie się kończy śniegiem głębokim, oddzielonym lodowym kantem - co chwilę ową koleinę gubiliśmy i z ledwością równowagę łapiąc albo ją odzyskiwaliśmy albo traciliśmy, często padając na bok z łoskotem. Nieco martwiliśmy się o stan naszego sprzętu foto wiezionego w plecakach, przy takich rąbnięciach o glebę, ale jak pokazała przyszłość - złom nasz owe udarowe spotkania z matką ziemią wytrzymał. Wiadomo, że jeden zaliczył takich wywrotek więcej, inny mniej. Ten zaś, który na koncie miał mniej upadków - zazdrościł tym, co mieli ich więcej. Aby więc dorównać Kamratom - wywracał się więc celowo. Wkrótce rywalizacja wzmogła się na tyle, iż ważny w punktacji stał się też styl w jakim wywracający rozstawał się z bicyklem. Sędzia przyznawał również dodatkowe punkty za dramatyzm teatralnych gestów i grozę okrzyków. Wkrótce stało się jasne, iż tym sposobem to my nigdzie nie dojedziemy, dlatego porzuciliśmy dla dobra innych celów oną dziwaczną rywalizację, wywracając się odtąd jedynie z konieczności.
Pierwszy obłędny motyw Nie muszę nawet wspominać, że prócz onego ciągnika z pługiem wielu to my ludzi i pojazdów podczas jazdy nie spotkaliśmy. Jedynie we Floriance zainteresował się nami jakiś "zielony", gdy fotografowaliśmy jakże niesamowite jabłonki, które stały jakby w jakimś nierealnym pustynnym krajobrazie bieli. Dłużej przy tych drzewach zabawiliśmy boć to był motyw nad motywy, kompozycyjnie czysty, kwintesencją zimy ziejący. Uznaliśmy później ten i jeszcze dwa dzisiejsze motywy za obłędne tego dnia, dla których sfotografowania warto było ponieść rozliczne trudy i niedogodności zimowej jazdy rowerem.
Górecko Nowe, Stare i Kościelne W tej kolejności przejechaliśmy przez trzy nieodległe wsie, gdy zza chmur wyjrzało na dobre słońce. Nastała taka jasność, wespół z nasyceniem błękitu nieba, iż zaczęliśmy żałować, iż nie zabraliśmy okularów przeciwsłonecznych. Chociaż może to i lepiej - zimą człek na niedobory światła jest narażony więc im go więcej tym lepiej, boć z naświetlania się światłem słonecznym witaminę "A" niepojętym sposobem zyskujemy. W Górecku Kościelnym, nad rzeczką Szum, koło kaplicy na wodzie pw. św. Stanisława spożyliśmy po kanapce i domowej roboty drożdżówce, boć wiadomo że człek jak sobie sam jadło przyrządzi to sam siebie na składnikach nie oszuka, i w gardziel swą jakiego plugastwa nie wetknie. Jak zawsze zachęcam do spożywania jadła możliwie najkompletniej we własnym zakresie wytworzonego i upichconego, gdyż poziom wyrobów obecnie w sklepach dostępnych, a zwłaszcza w rozmaitych knajpach serwowanych, jest już tak niski, że psim żarciem może być zwane. Pokrzepieni jadłem i herbatą ruszyliśmy w kierunku rezerwatu Szum, gdzie czekała na nas arcyciekawa trasa i drugi obłędny motyw fotograficzny tego dnia.
Rez. Szum W tym małym ale urokliwym rezerwacie znajdziemy bardzo ciekawą trasę, zwłaszcza zimą, szczególnie polecaną tym, którzy lubią niezbyt szybką i karkołomną ale bardziej techniczną i ciekawą terenowo jazdę. Mocno zakrętami poskręcana ścieżka - to wznosi się, to opada - klucząc między potężnymi drzewami, dając nam wiele zadowolenia z jazdy, zwłaszcza, że wokół mamy bajeczne leśne pejzaże, a w dole miło szemrze Szum. Nigdy nadmiaru tu ludzi nie napotkamy, bo główny pęd ciżby ludzkiej skierowany jest ku szypotom na Tanwi w Rebizantach, a zimą to już gwarantujemy, iż ślad nasz będzie na tej malowniczej ścieżce jedynym, nie licząc oczywiście rozmaitych zwierzątek, które też tam sobie spacerują czasem. Zaczęliśmy jazdę od tamy na zbiorniku zaporowym, ale co chwilę i tak zatrzymywaliśmy się na dłużej, bo trudno było mijać i nie fotografować niebywale pięknych zimowych scenerii. Drugi tego dnia obłędny motyw fotograficzny ujrzeliśmy olśnieni w miejscu tzw. "cofki", czyli tam gdzie nie wiadomo już czy zbiornik zaporowy się zaczyna czy rzeka wpadająca doń kończy. Zakątek ów niepospolitej urody jeszcze uwsapnialiło odbicie nieba w wodzie, co razem z ośnieżonym przepysznie otoczeniem utworzyło widok, który na długo zapadł nam w kartach pamięci. Nie szczędziliśmy więc ni filmów ni matryc, w amoku przewlekłym motyw ów próbując jak najsprytniej w czasie zatrzymać. Po lewej zaś, w stosie zdjęć do tekstu wybranych i Ty możesz oczy swe owymi sceneriami uradować. Owe fotograficzne postoje zajęły nam sporo czasu, którego później nam nieco zabrakło i ledwo zdążyliśmy dopaść trzeci obłędny tego dnia zakątek. Ale o tym szerzej niżej...
Sprint ku celom słuszności ważkością obrzękłym Nagle jak grad z jasnego nieba dotarło do nas, że tu w kniei widzieliśmy w odbiciu wody fantastyczny nieboskłon, a przecież w lesie o zachodzie słońca pożytku ze światła wiele mieć nie będziemy. Poza odbiciami w wodzie oczywiście. Owo fantastyczne niebo i światło trzeba było więc wykorzystać, najlepiej na jakiejś otwartej przestrzeni, a najciekawsza otwarta przestrzeń w okolicy znajduje się w rejonie "Łysych Byków". Wzgórza te niebywale malownicze leżą jakieś 8 km stąd, więc nielicho musieliśmy się spieszyć aby dopaść tamto miejsce zanim słońce schowa się za horyzont. Boć już się właściwie poczęło chować. W tempie możliwie expresowym - na ile oczywiście pozwalało zaśnieżenie asfaltu i muldy lodowe - pognaliśmy co bicykl wyskoczy w stronę Tereszpola. Po drodze nie zatrzymywaliśmy się, nie piliśmy i nie fotografowaliśmy - aby zdążyć. Zdążyliśmy, ale naprawdę w ostatnich sekundach. Okupiliśmy to jednak srogim wycieńczeniem, bo dotarcie do "punktu zero" - najlepszego punktu widokowego w tym rejonie -wymaga pokonania sporego dystansu polami od wsi. Zaś pola były przecie kompletnie zasypane śniegiem i pokryte zaspami. Z językami na brodach, lękając się, iż nie zdołamy dotrzeć do optymalnego miejsca zanim słońce schowa się za chmury - pchaliśmy z mozołem i mordęgą niepojęta rowery przez śniegi nieludzko oporne, wybierając trajektorię możliwie najlżejszą, gdzie śniegu było najmniej. W połowie drogi już słanialiśmy się na nogach więc rzuciliśmy rowery i dalej pobiegliśmy. Chociaż to może zbyt wiele powiedziane - biegliśmy. Patrząc z boku, był to raczej bieg stuletnich starców chromych na obie nogi, targających na plecach po worku cementu. Tak więc co chwilę, któryś padał, chłodząc twarz w zimnym śniegu, ale inni go okrzykami podrywali, zachęcając do ostatniego wysiłku. Do punktu, z punktu widzenia idealnej kompozycji, strategicznie optymalnego dotarliśmy dosłownie w ostatnich sekundach przed schowaniem się słońca za szczelnych chmur warstwę nieprzeniknioną. Nie muszę więc nawet wspominać w jakim tempie robiliśmy zdjęcia, i aż dziw, że nic przy tym zajęciu ni w kompozycji, ni w naświetlaniu nie schrzaniliśmy. Tu przydają się wielce szybkie aparaty perfekcyjnie nastawiające światło, gdyż w takich nagłych wypadkach nie ma już czasu na myślenie. Wkrótce wspaniałości światła przyblakły, jeszcze jakiś czas niebo na zachodzie różowiło się lekko, ale niebłagalnie nadchodziła mroźna noc i spoceni tym galopem zaczynaliśmy szybko wychładzać się. Taki stan zawsze zmusza nas do ruchu, mimo zmęczenia, bo przedłużający się postój mógłby skończyć się nawet odmrożeniami, gdy nasze przepociny jęły by zamarzać. To był ostatni tego dnia obłędny motyw, a dalsza nasza droga była już jeno statecznym, choć nie pozbawionym nuty szaleństwa podczas zjazdu - powrotem do Zwierzyńca.
Powrót Zanim jednak ruszyliśmy w drogę powrotną, zjedliśmy jakieś resztki i popiliśmy je na wpół zamarzniętą wodą z bidonów. Wracaliśmy przez Szozdy i Sochy - asfaltem, chociaż oczywiście ów asfalt skrywała gruba warstwa zlodowaciałego śniegu. Do Zwierzyńca dotarliśmy już po zmroku. Aby uczcić zwycięstwo i 3 obłędne motywy fotograficzne, jakie podczas tej Extreminady dane nam było zatrzymać w czasie, ale głównie aby odtajać i ogrzać swe zziębnięte do szpiku boleści cielesności - spożyliśmy w karczmie Młyn sutą wieczerzę, płacąc za nią równie suty rachunek, który podziałał na nas jako te sole trzeźwiące, i w atmosferze błogości mogliśmy zabrać się do pakowania rowerów na dach i do środka auta. Ospale pojechaliśmy do Zamościa przez Szczebrzeszyn, bo zauważyliśmy jeszcze jadąc rowerami postępujące zlodowacenie jezdni pokrytej śniegiem. Powrót przez Obrocz mógłby okazać się zbyt długotrwałym, zważywszy na to, iż Piotr musiał jeszcze dotrzeć do swojej bazy w Lublinie.
Posłowie Tak wyglądają typowe nasze Extreminady rowerowe, których zapewne już w tym sezonie nie zrelacjonujemy, chociaż nigdy nie wiadomo co się w przyszłości zdarzy. Relacjonowanie zimowych wypraw rowerowych wiąże się głównie z tym problemem, że zimą nie są wskazane zbyt częste i dłuższe postoje, a są one koniecznie aby taki wyjazd później zrelacjonować. Wymaga to czasem nadludzkiej siły woli, zwłaszcza gdy wieje silny wiatr, sypie śnieg, zaś zdjęcie rękawic na chwilę nawet powoduje zeszklenie palców na dłuższy czas i utratę w nich czucia. Wiele zdjęć wykonanych w najsroższych warunkach zimowych, podczas jazdy rowerem, okupionych było właśnie takimi odczuciami. Szczególnie zdjęcia wykonywane nocą - gdy człek już jest przemarznięty z wycieńczenia i zawilgocenia odzieży wykonuje się z największą odrazą. Postój nawet kilkuminutowy i zdjęcie rękawic jest wówczas czynem niebywale niewdzięcznym.
Tekst: Tomasz Piotrowski Zdjęcia: Tomasz Piotrowski, Marek Piotrowski oraz Piotr Wierzbowski (www.piotrwierzbowski.pl) Video: Tomasz i Marek Piotrowscy