Data: 31 stycznia 2009, od wczesnego przedświtania do późnego pozachodzia słońca. Cel: Eksploracja bodaj najbardziej klasycznych zakątków wschodnioroztoczańskich, nawiązująca w niezamierzonym zamierzeniu do pierwszych wizyt tutaj z przed lat. Celem samym w sobie - jak zwykle - była fotografia obłąkańcza oraz zdrowonośne zmaganie się z nie lichymi przeciwnościami terenowo-meteorologicznymi, głodem, chłodem i wycieńczeniem. Uczestnicy: W niniejszej "imprezie na dezorientację" uczestniczyli Kamraci w osobach: Marka Piotrowskiego, Tomasza Piotrowskiego, Piotra Kapłona oraz Waldemara Kaliszczaka - czyli był to najstarszy i najbardziej pierwotny nasz skład. Meteo: Pogodowo wypad okazał się strzałem w dziesiątkę, gdyż dzień ten okazał się być najbardziej w ośnieżenie i zaśnieżenie pejzażu bogatym. Temperatura w dzień spadała nie niżej niż do -4oC, wiatr dął słabowicie, zachmurzenie zaś całkowite tylko rankiem lekko się porozrywało. W drugiej połowie dnia obficie sypał śnieg, ograniczając widoczność do ledwie kilkudziesięciu metrów. Pojazd i dojazd: Do przepysznie ośnieżonych dziczy i pustkowi dotarliśmy z Zamościa puszką mechaniczną, sunąc niespiesznie drogą nr 17, przez Tomaszów Lubelski, Bełżec, Narol i Werchratę. Automobil porzuciliśmy w kamieniołomach na Górze Brusno i tam też powróciliśmy później, podążając do Zamościa tą samą drogą - jeno na wspak. Straty w ludziach i sprzęcie: Wycieńczenie spowodowane ostrą wędrówką w terenie wymagającym, w głodzie i bezsilności ale też czasem w sytości i ospałości.
Tytułem wstępu Niektóre z naszych eskapad mają ściśle, z góry i z oddali ustalone terminy, co wiąże się z trudnościami spontanicznego skrzyknięcia większej liczby Kamratów w jednym miejscu i czasie, tak aby wszystkim pasowało. Taki zaplanowany wyjazd wiąże się z ryzykiem nie trafienia w pożądane warunki pogodowe - dlatego tym bardziej radujemy się gdy wyruszając - już w drodze widzimy, iż znowu dane nam będzie trafić w samo sedno celu. Tak właśnie zdarzyło się tym razem, co najlepiej oddają załączone do tekstu fotografie. Gdy bowiem żywioły śnieżne szaleją uwspanialając i tak przecie wspaniałe obszary naszych usilnych zainteresowań, na polu turystyki ekstremalnie aktywnej - nadchodzi dla nas ów "złoty czas" - wymarzona pora do eksploracji rozległych pustkowi, mrocznych kniei i wysmaganych wichrem jakby lodowych półpustyń pól. Gdy człek statystyczny nosa ani myśli za drzwi wystawić, tkwiąc przed tylywizyjnym monitorem i śledząc one kretynizmy z wyłupiastymi, przekrwionymi oczyma i głupawym wyrazem rozdziawionej małpio japy - nas ciągnie w tereny opustoszałe, najdziksze, najmniej znane, przesycone spokojem, ciszą i wytchnieniem, woniejące atmosferą niesamowitości i zdobne kolorytem wschodniej kultury. Tam to w zmaganiu z żywiołami i słabością swą, do wycieńczenia się w marszu uporczywym doprowadzając - ducha uszczęśliwiamy niebotycznie, a przy okazji zrzucamy nadmiary tłuszczu i złogi stressu, jakimi człeka cywilizacyjna machina szczurza oblepia na co dzień. Zachęcamy więc wszystkich, którzy łakną odetchnąć od zaduchu swych mieszkań i zgnilizny medialnej papki, jaką nas karmią centra ogłupiania ludzkości - zwłaszcza zimą, gdy nieruchawość i nadmierny apetyt może nas niepostrzeżenie poszerzać - ruszyć w teren, odetchnąć powietrzem rześkim, mrozu uszczypliwości ku hartowaniu cielesności swej wymarniałej zażywać, zmęczyć się i dotlenić. A ja ręczę głową, iż samopoczucie nasze zostanie uzdrowione, humor zyskamy dawny, trzeźwość umysłu powróci nam pewnikiem. Kończąc już ten horrendalnie rozdęty wstęp przechodzę do właściwej relacji, w której zawrzemy kilka najbarwniejszych epizodów z dawnych naszych tu wizyt, jak zwykle ku Waszej i naszej uciesze opiszemy - już teraz chichocząc ksztuszliwie i dychawicznie.
Dojazd do punktu startu Jeszcze przed świtaniem, o porze którą człek czuje się jakby miał zemrzeć za chwilę z otumanienia swą sennością nie do przezwyciężenia - wyruszyliśmy pokrzepieni strawą i kawą, zmierzając ku południowo-wschodnim rubieżom Roztocza, pędząc z wielką uciechą i ukontentowaniem, na widok śnieżnych wspaniałości, których widzieliśmy coraz więcej w miarę jak senność nam z oczu schodziła. Z każdym połkniętym kilometrem stawało się jasne niczym boazeria w igloo, iż znowu dane nam będzie zjawić się w naszych ulubionych miejscach w scenerii zapierającej dech w migawkach., swą prześwietnością zimową. Nie ma bowiem dla Roztoczańskiego Kamrata uciechy większej - niźli pokonywanie pogodowych i terenowych przeszkód, znoszenie trudów i stopniowe do wykończenia fizycznego doprowadzenie siebie na Ziemi naszej najmilszej - Roztoczem zwanej. Trasa dojazdowa do miejsca startu - tradycyjnie droga nr 17 - jak zwykle pustawa o tej porze, utrzymana pierwszorzędnie, widokowo zajmująca, czasem pokrętna, czasem prostawa, nie wiodąca przez nazbyt zurbanizowane tereny, które by nas zanadto męczyły swym postsocjalistycznym niechlujstwem architektonicznym. O ile na odcinku do Bełżca mknęliśmy czystym asfaltem, to do Narola był on już nieco przyśnieżony, zaś dalej już zupełnie skrywała go ciągła śniegu biała warstwa, jeno kołami pojazdów ubita. Jechało się więc wesoło z tumanem białego pyłu za sobą oraz z tą uciechą jaka się zawsze na widok takich warunków zimowych w nas rodzi, gdy na "Wschód" zmierzamy. Przed Werchratą czym prędzej czmychnęliśmy w prawo, głucho dudniąc głowami o podsufitkę, gdy auto nasze do niemieckich autostrad zawieszeniem zestrojone - jęło podskakiwać dziko na wertepach nieludzkich. Drożyna ta wkrótce asfalt pierwszorzędny zyskuje, zachowując jednakże szerokość mierną, na jedno auto. Jedzie się nią wybornie, a prowadzi z Werchraty przez Górę Brusno, aż do Nowego Brusna. Pełna jest malowniczych zakrętów, zjazdów i podjazdów stromych, co przy jej szerokości daje kierowcy wiele przyjemności z jazdy. Baczyć jeno należy w dni pracujące aby nie rozpędzać się zanadto, i w jaką ciężarówkę z drewnem lub kamieniem nie przysolić. Uciec bowiem tylko do rowu można, gdzie na nas drzew mocarnych pnie czekają. Po obu stronach tej urokliwej leśnej drożyny, w nieprzebytych leśnych gąszczach i głuszach - kryją się niegdyś przydrożne krzyże, które dziś są arcytrudne do odnalezienia. Dziś jednak mieliśmy inne cele na oku i aby je osiągnąć trzeba było czym prędzej porzucić auto w kamieniołomach na Górze Brusno. Zanim jednak tam zajechaliśmy...
Szklana wieża Nie darowałby nam zacny Czytelnik ni Czytelniczka gdybyśmy w relacji nie ukazali mu obrazu ziemi widzianej przez zwiewnie opadające śnieżynki, lecące na ziemię nam ku pożytkowi, gdzie osiadając gromadnie - pokrywę śnieżną tworzą pospołu. Dlatego właśnie aby ukazać Ci ośnieżone roztoczańskie lasy i pola, wzgórza i padoły - wspięliśmy się na wieżę P-Poż, stojącą na Górze Brusno, z której w czasie zagrożenia pożarami lasów - spoziera w siną dal leśnik obserwator. Osobom nieupoważnionym wprawdzie wstęp tam jest zabroniony - jednak aby zimą nie fatygować urzędowej osoby, która by nas upoważniła poprzez rozliczne urzędowe ceremoniały - wdrapaliśmy się na wieżę bez takowych i zbytecznych przecie formalności. Oblodzenie całej konstrukcji było na tyle znaczne, że nie licho się rozgrzaliśmy w wyniku nie tyle wspinaczki co nagłego przypływu adrenaliny, każdy krok swój uważnie kontrolując. Szczeble drabin pionowych były zupełnie zlodowaciałe i przez to pierońsko śliskie, co zwiększało ryzyko upadku na tyle, iż dwóch spośród naszej wesołej kompanii, którzy byli już żonaci i odpowiedzialnymi ojcami na dodatek - pozostali na dole, aby dziatek swych przypadkiem nie osierocić. A łatwo podczas oblodzenia stracić z wieżą szklaną kontakt i poszybować w dół z prędkością bynajmniej nie typową dla płatka śniegu. Odpowiednie rękawice z gumowych chwytem i podeszwy z prawdziwej gumy wydatnie wspomogły nasze usiłowania. Zresztą, z każdą dziesiątką metrów wyżej widoki wokół tak się wspaniale rozwijały, iż warto było żywoty swe na szwank narażać, i tuzinami zdjęcia w amoku wystrzelić, olśnieni temi pejzażami, przecie nie tak często widywanymi nawet w rozlicznych publikacjach roztoczańskich. Zimą mało kto z motolotni albo li z samolotu przecie zdjęcia Roztocza wykonuje, więc zadanie nasze sens miało i oryginalne dzięki temu uzyskaliśmy obrazy. Wicher zawodząc jękliwie w tej ażurowej konstrukcji, dął tam wysoko na tyle wychładzająco, w swej niemiłosiernej lodowatości, żeśmy po obfotografowaniu całej otaczającej nas wszech sfery - spełzli ostrożnie, zachowując jeszcze większe opanowanie w chwytach, boć sukces odnosi nie ten co na wieżę się wgramolił, ino ten co z niej zlazł w jednym, wciąż żywym kawałku.
Kamieniołomy na Górze Brusno Auto porzuciliśmy w kamieniołomach, nieopodal wieży, aby objuczeni wszelkim dobrem ruszyć krokiem chwiejnym, marynarskim, przez zasypane śniegiem skaliste wertepy - ku północnym stokom sławetnej Góry Brusno. Jęliśmy z trudem lawirować między niewidocznymi pod śniegiem skalnymi uskokami, potykając się albo zapadając w niespodziewane dołki po wyrobiskowe, zgodnie z przysłowiem "Nie ten w dołki wpada kto je kopie". W części dziś już nieczynnej i zarośniętej dobywano przed laty kamień do wyrobu znanych w promieniu wielu, wielu kilometrów stąd - krzyży i figur kamiennych, zwanych dziś "bruśnieńskimi", z których całe Roztocze Wschodnie słynie. Trudnili się wyrobem onych pięknych kamiennych krzyży i rzeźb mieszkańcy takich wiosek jak Stare i Nowe Brusno oraz Polanka Horyniecka. Dwie spośród tych wiosek już nie istnieją, i je właśnie odwiedziliśmy podczas tejże włóczęgi. Pozostały po dawnych mieszkańcach właściwie tylko cmentarz zatopiony w lesie, który urósł całkiem spory tu od czasu wysiedlenia mieszkańców. Zanim ruszyliśmy w knieję, w strome jary - uwagę naszą przemarzną zwróciły archaiczne, zardzewiałe szczodrze ustrojstwa, machiny i wehikuły, które eksploatacji skał służą. Wszelkie takie mocno zardzewiałe ustrojstwa wielce nas zawsze intrygowały i klasyczna Extreminada w swej najczystszej postaci znalezienia takowych wymaga. Powierzchnia terenów objętych wydobyciem skał jest jak się nie trudno domyśleć mocno poryte więc marsz takim terenem przed dłuższą i wymagającą wędrówką zapewni nam okazję do potrzebnej rozgrzewki, rozciągnięcia zestalonych gnatów i ścięgien, bezruchem jazdy w blaszance. Po to by później w marszu na azymut kontuzji się jakiejś paskudnej nie nabawić. Kulasy więc koślawiąc na wszelkie możliwe strony i sposoby - rozgrzewkę osobliwą wreszcie ukończyliśmy, mogąc ze spokojnym sumieniem ruszyć w czeluści onych wspomnianych jarów, z jakich słyną niedostępne - północne stoki Góry Brusno.
Północne stoki Góry Brusno Prześwietne te tereny, wiecznie skryte w cieniu, boć słońce dostępu tu nie ma - cechuje przede wszystkim stromizna zboczy, niezwykle urozmaicony teren oraz mnogość doskonale zamaskowanych w gąszczu bunkrów linii Mołotowa. Wybujałość z wszelakiego zielska - zwłaszcza w części zachodniej - w porze wegetacji czyni poszukiwania schronów bojowych zajęciem niemal beznadziejnym, ale zimą gdy śnieg ów bezlistny gąszcz łodyg okryje - również zadanie nie jest łatwe. Pamiętam jak w czasach tu dla nas pionierskich - wlokłem się tu z rowerem w skwarze letnim, dręczony przez hordy zaciekłych insektów, gąszczem otumaniony doszczętnie, próbując bunkry wyszukiwać. Nie znalazłem ani jednego wtenczas i nie dziwota boć szarozielone, omszałe kioski wkopane w grunt - nawet z kilkunastu metrów są niezauważalne. Szukając ich po raz pierwszy wiedzieć trzeba, iż wybudowano je na określonej wysokości, mniej więcej w połowie wysokości stoku. Ale nie wszystkie. Trawersując zbyt wysoko lub zbyt nisko - miniemy je nie dostrzegając. Późniejsze nasze próby wyszperania wszystkich schronów były coraz skuteczniejsze i dziś znamy lokalizację wszystkich obiektów. Dzięki poszukiwaniom - poznaliśmy też doskonale topografię samej Góry. Jeśli zachowamy tam ciszę i spokój ruchowy - mamy duże szanse dostrzeżenia spacerujących po lesie dzików. Obserwowaliśmy je tam i wydaje się, że mają na północnych stokach Góry Brusno, odgrodzonej na dodatek potokiem Brusienką - doskonałe miejsce schronienia. Zresztą mnogość ścieżek zwierzęcych świadczy, iż nie tylko one. Największy obłęd orientacyjny napotkamy w części zachodniej i co zrozumiałe również tam udaliśmy się, gdyż wędrówka w gąszczu trudnym w swej gęstości do opisania, a na dodatek rosnącym na stromych stokach, pociętych jeszcze głębokimi jarami - dostarcza naprawdę wielkiej uciechy. Mamy wówczas złudzenie, że wędrujemy jakimś górskim lasem. Dotarliśmy tam mijając parę bunkrów, ale natknęliśmy się na nie właściwie przypadkiem, gdyż nie było naszym celem tropienie ich - warunki na to były jednak zbyt trudne, bo śnieg wszystko czynił niewidocznym. Chaos czarno białych plam, linii i kształtów dziwno kształtnych nie pozwoliłby nam prędkie wszystkich obiektów odnalezienie. Z pełnym przekonaniem można rzec, że są to jedne z najtrudniejszych rejonów dla wędrowca na Roztoczu Wschodnim. Trzeba tam nierzadko wdrapywać się pod oblodzone stoki jarów nawet przy użyciu 4 kończyn - czyli na sposób psi. Poruszane zaś gałęzie strącają nam za kołnierze szufle śniegu. Jednak przy takim wysiłku - z lubością człek się na takie orzeźwiające ochłodzenie godzi. Przyszedł wreszcie czas na ewakuację z tego białego piekła - bośmy się już sforsowali nazbyt okrutnie - a szmat drogi jeszcze był przed nami. Najprościej opuścić zawikłania północnej ściany Góry Brusno - puszczając się prosto w dół, ku niewidocznym stąd wodom potoku Brusieńki, który od północy Górę podcina swą wielce urokliwą, mroczną i odludną dolinką. Tak też uczyniliśmy chwytając się rozpaczliwie gałęzi i pni drzew, gdy stromizna stawała się zbyt wielka i grunt nam się pod stopami gubił. Gąszcz jednak hamulcowym jest znakomitym, czasem zbyt sprawnym nawet - stąd co chwilę któryś z Kompanów utykał w krzaczorach i niczym owad prehistoryczny przebierał odnóżami, mając uporczywe przeświadczenie o tym, że się wciąż przemieszcza. Wreszcie zjechaliśmy do potoku by chwilę odsapnąć, szaty potargane w krzakach na swe miejsca przestawić i kąpieli pro zdrowotnej zażyć. Ale o tym szerzej - niżej.
Hartowania nóg zbawienne, acz nie doceniane korzyści zdrowotne Zimą zwłaszcza ważkim jest obyczajem aby w wodzie potoków i strumieni Roztoczańskich stopy swe hartować, przez co po takim bestialskim pobudzeniu krążenia naszego i włożeniu na powrót stóp do trzewików - doznajemy niewysłowionego ich rozgrzania, które później nie ustępuje aż do końca wędrówki. Zgodnie z prawem "Powszechnej Hibernacji": "Im zimniej tym cieplej". Te łatwe do osiągnięcia, a tak ważkie korzyści zdrowotne opiewał Kamratom już nie po raz pierwszy piszący te słowa. Jednak mimo mów wzniosłych i zachęt gorących - przekonać ich po raz kolejny nie zdołał. Naśladownictwa swych czynów prozdrowotnych się nie doczekawszy.
Brusno Stare i okolice Jakiś dziwnym trafem zeszliśmy z Góry Brusno prosto na drogę do Starego Brusna wiodącą, więc nie omieszkaliśmy nawiedzić bardzo ciekawy zakątek - czyli źródlisko, przy którym niegdyś stała kaplica pw. św. Mikołaja, gdzie celebrowano święto Jordan. Dziś pozostały tu jeno malownicze ruiny kaplicy i krzyż kamienny. Chwila i wchodzimy do Starego Brusna - chociaż trzeba ściślej powiedzieć - że wchodzimy do sosnowego boru, gdzie kiedyś Brusno istniało. Minęliśmy doły po zabudowaniach i prędko znaleźliśmy się na cmentarzu, gdzie ze względu na fenomenalne warunki zimowe pozostaliśmy nieco dłużej, zajmując się fotografowaniem. Po wielu takich wioskach w obszarach dziś przygranicznych pozostały jeno nikłe i trudne do odnalezienia ślady w gęstwinie gąszczu. Tropienie onych pozostałości było od początku dla nas najważniejszym celem wschodnioroztoczańskich wypraw.
Obiad w bunkrze Zalesione wzgórze o tej nazwie kryje kilka bunkrów, w które szczególnie zimą stanowią dobre schronienie i miejsce na krótszy lub dłuższy odpoczynek oraz posilanie się strawą ciepłą. Tak właśnie uczyniliśmy, trzęsącymi się dłońmi rozstawiając pośpiesznie na kuchenkach menażki, aby siły nadwątlone wzmocnić przed dalszą drogą. Pierwszy nasz dzisiejszy posiłek stanowił domowego wyrobu żur, z zacną kiełbasą ze Żdanowa, do której skomponowania użyto mięsiwa wieprzków od lokalnych dostawców. Jakże wspaniały ma smak taki rarytas i jednocześnie jakim przy nim są plugastwem ery globalizmu, te ociekające wszelaką stęchlizną, myte i glansowane na zapleczach hipermarketów, koszmarne kiełbaso-podobne wyroby, kupowane. Mięsne jestestwo, takich naszpikowanych wszelakimi wymysłami chemii kiełbas pochodzi z orwellowskich tuczarni, pazernych koncernów, w których otumanione świnki żyją w ciasnocie nie mniejszej niż wystrzelona onegdaj w kosmos Łajka, a na dodatek karmione są paszami, których skład niechaj pozostanie dla nasz tajemnicą, aby zniesmaczenia nie wywołać i torsji. Nie dziwota więc, że ludzkość takim ścierwem żywiona co raz bardziej na zdrowiu podupada, a nowotwory zbierają swe śmiertelne żniwo. My zaś z dala od apokaliptycznych wizji, chłeptaliśmy pożywny, gęsty, gorący i wonny do ścisku rozkoszy żur, zagryzając go prawdziwym chlebem, który nie powstał ze zwrotów jak to się już powszechnie stosuje. Po takim posiłku odczuliśmy przypływ takiej energii i animuszu, iż z werwą niepojętą ruszyliśmy w dalszą drogę, gościnne progi betonowego baru samoobsługowego opuszczając.
Zanim napiszę co było dalej - wspomnę o przykrym incydencie jaki miał miejsce w tym bunkrze. Nasz jeden Kamrat zapomniwszy włączyć latarki nie dostrzegł, iż strop w przejściach miedzy pomieszczeniami żelbetowego bunkra jest dużo niższy i rąbnął w betonową framugę czołem. Uderzenie było na tyle mocne, że zobaczył wszystkie gwiazdki Unii Europejskiej, a później w drodze do Polanki Horynieckiej przejawiał poważne objawy częściowego zaniku pamięci, które to jednak schorzenie równie nagle ustąpiło z powodu równie silnego bodźca, o którym wspomnę później.
Resztki starożytnego młyna Interesujące okolice, które podczas tejże Extreminady przemierzaliśmy są niezwykle mocno nasączone rozmaitymi śladami z przeszłości, a nadto urozmaicone krajobrazowo, więc wędrując tu niepodobna odczuć znużenia czy monotonni. Na stosunkowo niewielkim obszarze nagromadzona jest moc atrakcji, a co najważniejsze - są to atrakcje autentyczne, nie spreparowane i nie wyszykowane pod turystę - klienta. Szczęście biznes tu turystyczny nie dotarł i zdaje się prędko nie dotrze, boć turysta typowy nie ma tu czego szukać, łaknąć takich banałów jak plaża w środku lata, piwo, spalona na grillu kiełbasa i głośna muzyka z gatunku "bitowych" rąbanek. Tylko turysta w smaku swym wyrafinowany pragnie ujrzeć zakątki takie jak tu - przesycone niesamowitością odludzia, resztki ruin, do których nie prowadzi żadna wydeptana ścieżka, oznaczona po obu stronach wieńcami ze śmieci. Takim właśnie miejscem pierwotnym i nie skażonym nadmiernymi odwiedzinami jest głęboko wcięta dolina Brusieńki, gdzie kiedyś stał młyn, a dziś ujrzymy jeno malownicze ruiny i spory jak na Roztocze wodospad, wyglądający dziś jakby był naturalnym, a nie ręką człeka uczyniony.
Wycie wilków Zaglądając do uroczyska tego przypomniało nam się pewne zabawne zdarzenie z przeszłości, kiedyśmy szli nieopodal stąd, wzdłuż Brusieńki, w środku czarnej jak biały kot wyciągnięty z komina kotłowni - nocy zimowej. Szliśmy umęczeni głębokim śniegiem i tam gdzieś w gąszczu w opał obfitym zapaliliśmy ognisko ratunkowe, aby pokrzepić się jadłem i napitkiem. Jakoś błogo się zrobiło przy blasku ognia więc owo pokrzepianie nieco się przedłużyło, noc była bowiem mroźna, śnieg skrzył się w blasku płomieni i nie bardzo chciało nam się znowu w tę ciemność zapuszczać. Bo wiedzieć trzeba, iż w tamtych czasach podróżowaliśmy bez latarek. Jeden z nas - Szynek - podejrzewając, iż nie orientujemy się za bardzo w prawidłowym przebiegu dalszej drogi - drogi powrotnej do auta pozostawionego w Złomach Ruskich - zaczął wkrótce nabierać coraz większej pewności, że kompletnie się pogubiliśmy. On był kierowcą, zaś my pokrzepieni napitkiem udawać zaczęliśmy, iż w stanie wskazującym - mylą nam się wszelkie te leśne drożyny i przecinki. Jeden pytał więc mnie: - Może tu na rozstaju powinniśmy w lewo skręcić? - No nie wiem - odpierałem z udawaną niepewnością - ale skoro tak myślisz to może i tak jest. Później kolejny rozstaj i znowu jakby zgadywanka. Niepokój Szymona urósł do wielkości przerażenia, gdy usłyszeliśmy wycie wilka. Odezwał się jeszcze drugi i trzeci. Nie mogliśmy za Szymkiem nadążyć - tak gnał do Złomów Ruskich, gdy poznał drogę, którą szliśmy rankiem. Na nic zdało się tłumaczenie, że żartowaliśmy i że wilki nie zeżrą Kamratów, bo są zbyt żylaści. Pędził tak prędko, żeśmy otumanieni nadążyć nie mogli za nim.
Uwaga na konie luzem! Tak wspominając dawne dzieje dotarliśmy do Polanki, gdzie niegdyś podczas podobnego ale jesiennego powrotu do auta również porzuconego w Złomach Ruskich - doznaliśmy osobliwej fatamorgany. Wracając po całodniowej włóczędze, srogo wykończeni, wlekąc się ledwo żywi, bez żadnego źródła światła poza zapalniczką - w pewnej chwili stanęliśmy przerażeni widząc w odległości kilkunastu metrów, na tle czarnego lasu i piaszczystej drogi - dwie osobliwie zsynchronizowane pary czarnych nóg bez tułowiów. Strach na obleciał wielki, więc wytrzeszczając oczy do granic niedowidzenia, jęliśmy wpatrywać się w czerń leśną, a zbliżywszy się ostrożnie do onych nóg spacerujących - nagle rozpoznaliśmy, iż należą one do czarnego konia, który szwenda się samopas po lesie. Tułów jego na tle czarnego lasu był niewidoczny, zaś nogi na tle bądź co bądź jaśniejszej drogi piaszczystej były dostrzegalne - stąd właśnie ta osobliwa fatamorgana się wzieła. Wierzchowiec spacerował sobie po nocy w okolicy Polanki Horynieckiej, a że to nie pierwszy taki przypadek był - więc teraz ogrodzenie podłączono do prądu i ustawiono znak ostrzegawczy "Uwaga - konie luzem!"
Nagłe odzyskanie pamięci utraconej bolesnym mózgu wstrząśnięciem Nasz Kompan wielu eskapad - pozostający nadal anonimowym znany jest z niecodziennych i kaskaderskich czasem wyczynów oraz z tego że nie waha się podejmować czasem nierozważnych kroków, co włóczęgę naszą zwykle wspaniale ubarwia, gdyż wiążą się z tym rozmaite perypetie i przygody. Pamiętamy, że po uderzeniu się (oczywiście nie celowym) w betonową framugę nie za bardzo pamiętał wiele zdarzeń, które przypominaliśmy sobie w marszu, a których był naocznym świadkiem. Pamięć odzyskał właśnie teraz, gdy idąc obok stadniny w Polance zaczął sprawdzać, czy w elektrycznym pastuchu płynie prąd - za naszą nikczemną namową. Najpierw - o zgrozo! -spróbował dotknąć przewody elektryczne językiem. Na szczęście prąd na tym odcinku nie płynął. Ale za jakiś czas, w innym miejscu chwycił przewód dłońmi i po silnym wstrząsie elektrycznym odzyskał zupełnie pamięć, a na dodatek stał się chwilowo wielce rozmowny - i to w wielu nie znanych nam językach. Ucieszeni jego niespodziewanym uzdrowieniem poszliśmy dalej, zasypywani narastającymi opadami śniegu.
Niespodziewana śnieżyca W drugiej dnia części zaczął sypać śnieg dość obficie i sypał coraz mocniej, tak że zasypywał nam aparaty fotograficzne, w których zamarzały nawet przyciski i pokrętła, gdy lekko podtopiona woda wnikała w one szczeliny. Śnieg niesiony wiatrem utrudniał nam widzenie nawet, dlatego dość spore odcinki szliśmy z zamkniętymi oczami, co jest w takich sytuacjach jedynym i najprostszym wyjściem.
Mordęga Jakeśmy z lasu wreszcie wyszli, mijając krzyż kolejny u dróg rozstaju - czekała na nas jeszcze większa mordęga - droga przez zawiane pola długości jakieś półtora kilometra. Znowu głód nam zaczął doskwierać i jakoś z sił opadaliśmy od tego brodzenia w śniegu więc robiliśmy co jakiś czas przystanki, połączone z degustacją widoków wspaniale ośnieżonych pół. Musieliśmy przy tym wyglądać dość mizernie, bo jadący terenówką jegomość w kierunku Polanki, zatrzymał się i dwukrotnie - jakby nie dowierzając - dopytywał się nas czy nie zabłądziliśmy. Później jeszcze widzieliśmy go jak wracał po tych betonowych płytach koło stodoły by znowu zwolnić, obserwując czterech pomylonych turystów, idących porą wieczorną, w śnieżycy ku lasom ciągnącym się przecie hen aż do Werchraty, z dala od wszelakiej cywilizacji.
Stodoła Nie sposób nie wspomnieć o słynnej stodole wschodnioroztoczańskiej - po PGR-owskiej budowli, która wciąż trzyma się na słupach ceglanych, mimo że wiek jej świetności bezpowrotnie przeminął. Byłaby doskonałym miejscem na schronienie podczas deszczu czy na nocny wypoczynek biesiadny, gdyby nie stan jej dachu, wykonanego z eternitu. Eternitowe kawały w najmniej przewidywalnych momentach spadają do wewnątrz wiaty, a skutki trafienia takim fragmentem byłyby nie gorsze od efektów działania gilotyn rewolucji francuskiej, której projektanci zapewne byli później inspiracją dla Adolfa H. Dlatego po krótkim tu postoju ruszyliśmy w stronę bezpiecznej kniei, aby znaleźć czym prędzej optymalne miejsce na ognisko końcowe.
Ognisko ważkim Extreminad składnikiem. Jak sięgam pamięcią - ogniska towarzyszyły nam podczas włóczęgi od czasów niepamiętnych i ich klimat nocny wspominamy z rozrzewnieniem. Może też dlatego, że kojarzą się nam z biesiadowaniem po czasie ekstremalnego wysiłku i zagłodzenia, a na dodatek nocą rozświetlają najbliższe otoczenie, sprawiając że w najdzikszych zakątkach robi się wręcz przytulnie. Na Roztoczu Wschodnim lasy są pełne zwalonych drzew, uschłych konarów, gałęzi bezładnie porzuconych lub odpadłych z drzew samoistnie. Tak, że czasem knieja taka wygląda bardziej naturalnie niż w RPN-ie, gdzie przecie rąbie się na całego. Tutaj wystarczy wejść byle gdzie i znaleźć materiał na opał. Wielkim nieszczęściem byłoby powołanie w przyszłości Parku Narodowego na tych obszarach, z czym wiążą się rozmaite bzdurne zakazy dla ludności, a przy tym wyrąb i tak pozostaje bez większych zmian. Oby do tego nigdy nie doszło - oby Roztocze Wschodnie zawsze było tak dzikie, odludne i wolne. Te przecie cechy stanowią o uroku tych okolic i zagubionych zakątków, do których każdy obywatel ma dostęp i może chodzić poza szlakami - gdzie dusza zapragnie.
Zasypane śniegiem gałęzie, uschłe drzewka i konary to kiepski opał. Szczególnie gdy wcześniej - w czas pluchy nasiąkły, a następnie ta woda zamarzła w nich. Taki opał długo się nie chce palić, bo woda weń uwięziona gasi płomień w zarodku. Trzeba było benzyną się posłużyć, gdyż inaczej ogniska byśmy po prostu nie zapalili. A i tak dłuższy czas trwało zanim drwa się zajęły, bo najpierw kopciły niczym lokomotywa. Ale gdy w końcu płomień wytworzył żar i począł trawić coraz śmielej kolejne porcje drew - wokół knieja zabielona śniegiem zajaśniała, zapanowała więc wesołość, szczególnie że trzewia mogliśmy zadowolić jadłem pożywnym i widmo zagłodzenia odgonić. Długo biesiadowaliśmy, bo i też spieszno nam do odwrotu nie było, zwłaszcza że tutaj w zaciszu gąszczu drzew i krzewów wiatr nam nie dokuczał wcale. Celem naszym było pożarcie wszelkich zapasów, które się jeszcze ostały, boć wiadomo że przyjemniej jadło niesie się w żołądku niźli w plecaku. Późną nocą wreszcie udało nam się zjeść ostatnie okruszki, i w błogości oraz sytości ślamazarnie pozbieraliśmy na powrót porozrzucane klamoty, wrzucając je w wory plecaków. Znowu wróciliśmy do stodoły, głównie z tego powodu aby nie błądzić po nocy, gdyż człek objedzony z myśleniem miewa kłopoty, gdy siły organizmu miast do mózgu - kierowane są do trzewi. Dlatego po obfitym posiłku lepiej wracać po własnych śladach, lub drogą pewną i nie eksperymentować za nadto, aby się nie zabłądzić z kretesem. A jeśli już trzeba nam iść na azymut - to zgłodniejmy wpierw i dopiero na głodniaka w drogę ruszajmy. Człek wtenczas jakby żer tropiąc - wyczulone ma zmysły i orientację przejawia pierwszorzędną.
Odwrót majaczących nocą Kamratów Długo się szło bo wolno. A to za sprawą ociężałości po posiłkowo-późnonocnej, ale też omamów, które nas srogo męczyły do częstych postojów zmuszając. Nie pamiętam już który to z nas pierwszy dostrzegł ślepia - dość powiedzieć, że prócz niego nikt ich nie widział. Inni jednak mieli również jakieś majaki - twierdząc uporczywie, iż widzą gwiazdy, mimo że niebo szczelnie zakrywały chmury. Zapewne za gwiazdy brali płatki śniegu spadające z żadka i w świetle czołówek za gwiazdy rzeczywiście umęczone umysły nasze mogły je uznawać. Zmęczeni szliśmy coraz wolniej, aż któryś z nas usłyszał głosy! To był już wyraźny znak, iż trzeba napić się herbaty, bo najwyraźniej po kiełbasie zabrakło nam do mięsiwa trawienia wody w trzewiach. Po pokrzepieniu się rzeczywiście głosy ucichły i wydawało się, że jest dobrze... do momentu gdy kolejny z nas zaczął widzieć ślepia w lesie. Nie martwiliśmy się jednak tym specjalnie, gdyż wizjoner ów na szczęście nie był kierowcą więc nie stwarzał dla pozostałych istotnego zagrożenia podczas jazdy. Auto znaleźliśmy dość prędko, odkopaliśmy ze śniegu i po chaotycznych zabiegach oczyszczania i pakowania powoli i majestatycznie ruszyliśmy w stronę Werchraty - oną wąską, krętą i jeszcze bardziej zasypaną po obfitych popołudniowych opadach drożyną. Ślady odciśnięte w śniegu były zlodowaciałe więc jechaliśmy wolno, najwyżej 40 km/h. Zresztą jechaliśmy wolno nie tylko ze względów niebezpieczeństwa ale również przez niezrównanej urody leśne pejzaże, które wydobywaliśmy z mroku nocy oświetlając knieję światłami wozu. To naprawdę wspaniała droga i to o każdej porze dnia , nocy i roku. Dalej - od Werchraty sunęliśmy nie szybciej niż 50km/h, bo droga również zlodowaciała, otoczona gęstymi lasami nie zachęcała do pośpiechu. Żal było wracać, z Roztocza umykać, człek by chciał rzec jak nasz jeden z Kamratów, który zawsze bawiąc na Roztoczu miał zwyczaj mawiać - "Ja chcę tu żyć!"
Aby dotrzeć do najodludniejszych, zdziczałych pięknie zakątków wschodnioroztoczańskich konieczna jest determinacja - czasem wielka. Zwraca się jednak ona z nawiązką, zaś przeżyte tu przygody i wrażenia pozostaną na zawsze w naszej pamięci. Nie do przecenienia są też korzyści zdrowotne jakie uzyskamy oddychając jakże czystym powietrzem. Nie dostarczy nam ich żadna komercyjna usługa turystyczna, żadne biuro podróży. Musimy sami zapuścić się w nieznane, błądzić i zmagać się z żywiołami pór roku. Aby zaznać błogich trudów takiej włóczęgi niektórzy z Kamratów niemal stają na głowie aby wyrwać się i tu przybyć. Są to tzw. "Akcje Determinacje" - wyprawy, na które czeka się z niecierpliwością czasem miesiącami. Niektóre z naszych tu wizyt są jednak spontaniczne - te zwiemy Desantami, gdyż miejsce akcji jest wówczas ustalana już w drodze, zaś godzina w chwilę przed odjazdem. Pogoda jednak zwykle nam dopisuje, bo zjawiskiem jest znanym nam od lat, iż: - Jeśli na Wschód jedziesz - to się bracie nigdy nie zawiedziesz!
Tekst: Tomasz Piotrowski Zdjęcia: Tomasz i Marek Piotrowski Video: Marek Piotrowski