WstępRozwój oszronienia pejzażu, jaki obserwowaliśmy dzień wcześniej, skłonił nas do błyskawicznego zrealizowania uderzeniowej wyprawy fotograficznej w najbardziej obiecujące tereny na Roztoczu, po to aby ustrzelić w krótkim czasie styczniowego dnia jak najwięcej udanych zdjęć zimowych.
Najwyraźniej Piotr Wierzbowski (
www.piotrwierzbowski.pl), również wyczuł ów moment decydujący, gdyż zaproponował wspólny plener właśnie tego dnia, poprzedzającego wypad. Nazajutrz pędziliśmy więc (oczywiście z dozwoloną i dostosowaną do przecie nie najlepszych warunków drogowych prędkością) - ku oszronionym przepysznie wzgórzom Roztocza Zachodniego.
Wybraliśmy jako cel naszych fotograficznych usiłowań zachodnią część Roztocza, a dokładnie międzyrzecze Gorajca i Wieprza - bez cienia zwątpienia, gdyż wiedzieliśmy iż tam właśnie szron utworzy się pewnikiem bardzo obfity, zaś urozmaicony i ciekawy teren pozwoli nam w krótkim czasie obejść wiele interesujących i odmiennie prezentujących się zakątków. Od razu pojechaliśmy za Szperówkę - czyli najwyżej, gdyż wiedzieć trzeba o tem, iż szron na Roztoczu wykształca się podczas tęgich mrozów właśnie na najwyższych wzgórzach i tam właśnie kierować się winniśmy w ich poszukiwaniu. Wprawdzie wyżej wznoszące się jeszcze wierzchowiny znajdziemy i w innych stronach Roztocza - jednak mamy w zimie przecież niewiele czasu na działanie, a do tego czasem zachodzą niekorzystne zjawiska mogące szron zniszczyć (ostre słońce albo silny wiatr), stąd nado nam maksymalnie wędrówkę naszą spożytkować do wykonania jak największej ilości różnorodnych ujęć. To osiągnąć możemy najskuteczniej właśnie na Zachodnim, gdyż mnogość dróg gruntowych, tarasów polnych, miedz i zakrzewień, nie wspominając o wąwozach i niewielkich zagajnikach - czynią ów rejon niebywale interesujących, zaś całe to krajobrazowe dobrodziejstwo mamy skondensowane na względnie niezbyt rozległym obszarze. Co kilkadziesiąt metrów wchodzimy jakby do innego świata więc możemy wykonać mnóstwo ciekawych zdjęć, szczególnie wiosną i jesienią ale również i zimą w szrony przepysznie strojną.
8 godzin w strefie bieli i pasteliRano, na wysokości Szczebrzeszyna - szronu nie widać było wcale albo był niemrawy, zaś już w nieodległej Szperówce czyli 100 metrów wyżej trudno byłoby wskazać chociażby okrawek jakiegokolwiek elementu krajobrazu, którego nie pokrywałyby niezliczone, najeżone z zimna białe lodowe kryształki. Tylko najwyżej królowała zima w szrony strojna, a wiedząc o tym tak wędrowaliśmy aby nie obniżać się zanadto, nie schodzić w jakoweś doliny, parowy i padoły - ale by samymi wierzchowinami podążać. Znając zaś teren doskonale, tak lawirowaliśmy między temi zaklęsłościami aby na najwyższych płaszczyznach stale przebywać lub też jak najmniej z nich się opuszczać.
Pchnięcie wiejącym od rana wichrem mas lodowatego powietrza o temperaturze od -20
oC do -15
oC, które dotąd tu stagnowały - obniżyło temperaturę odczuwalną do tego stopnia, iż cała nasza włóczęga stała się stopniowym zamarzaniem. Wprawdzie maszerowaliśmy przez 8 godzin w bajecznych, czy wręcz anielskich sceneriach, wszechogarniającej bieli i niewyobrażalnej jasności - jakby w jakimś bezcieniowym oświetleniu studyjnym - ale było to jednocześnie środowisko przeraźliwie nieprzychylne termicznie, wszelakim ciepłokrwistym stworzeniom. Z upływem kolejnych godzin obecności w tym oszałamiającym wizualnie świecie, stopniowo zamarzaliśmy, z coraz większym trudem utrzymując ciepłotę cielesności naszych. Dodatkowo wychładzać musieliśmy się za sprawą tych jakże przez producentów wychwalanych za ergonomię aparatów, których malutkie i niemożliwie do obsługi w grubych rękawicach przyciski, z ergonomią mają naprawdę tyle wspólnego co piszący te słowa z ze stryjenką szamana tajemniczego amazońskiego plemienia Bundi-Abazundi. Niestety największe nagromadzenie szronu występowało tam gdzie w czasie naszej włóczęgi również najsilniej dął szalony wicher - czyli na otwartej przestrzeni, gdzie ni jak nie było gdzie się skryć przed jego wychładzającym wrednie działaniem. Tak więc turbowani przez żywioły - fotografowaliśmy bez ustanku, wytchnienia i odpocznienia - nie kwapiąc się nawet do dłuższych odpoczynków, gdyż stanie w miejscu zupełnie już czyniło z nas mrożonki. W sumie więc zjedliśmy tylko po kanapce i wypiliśmy nie więcej niż pół litra lodowatej arbaty na gardziel.
Szron zwykle zbyt długo się nie utrzymuje, bo albo go słońce od południa "wypali" za sprawą zjawiska sublimacji albo wiatr zwieje. Tym razem słońce jeno w porze południowej niemrawo przejrzało spod chmur więc zagrożenia trwałości szronu ulotności ze strony solarnej nie było. Wicher znacznie skuteczniej do destrukcji szronów się przyczynił, tak więc pod koniec dnia zupełnie go zdmuchnął z drzew, traw i krzewów.
Wszędzie było albo biało albo pastelowo i nawet całkiem przecie w kolorycie żółte, uschłe trawy wyglądały jakoś blado, nierealnie. Przez większą część dnia leciały nad nami również białe lekko nawet przeźroczyste chmury, pozwalając słońcu jedynie prześwitywać nieco i dodawać lekkiego zabarwienia otoczeniu na kość słoniową. Pejzaż nabierał raz zimnego, raz ciepłego zabarwienia, oczywiście nader delikatnego i nie niwelującego onego niesamowitego wrażenia totalnego zabielenia.
Początkowo szliśmy szlakiem niebieskim, wiodącym do Kawęczynka. Tak aby trzymać się maksymalnie oszronionych wierzchowin. Później odbiliśmy za znakami ścieżki rowerowej, prowadzącej do Szczebrzeszyna ale i tu nie zabawiliśmy zbyt długo. Dalsza droga trudną jest do precyzyjnego określenia ale z grubsza można rzec, że w pewnym momencie byliśmy już przed Kawęczynem, a nieco później zbliżyliśmy się w rejon Czubatej Góry - w sumie zataczając koło, bacząc aby dążyć ku górze, mimo wymuszonych ukształtowaniem terenu nieuniknionych obniżeń naszej trasy.
W miarę upływu czasu zimno coraz silniej umacniało swoje pozycje w naszych umęczonych chłodem ustrojach. Musieliśmy bowiem przecie co chwilę przystawać aby ustawić statywy, skomponować jakiś sensowny kadr i zdjęcie wykonać, czekając czasem na przejaśnienie się nieba lekkie albo na pyłówkę szronowych igiełek, strząsanych z drzew przez szaleńczy wicher. Brak zaś ruchu to słabsze krążenie czyli w efekcie marzniecie dotlkiwe.
Nasze postoje jęły się przedłużać gdy z onego przemarznięcia myślenie wyraźnie zwolniło, a wręcz umysł jakoby się zawieszał. Zły to było znak gdy co chwilę któryś z nas stojąc przed statywem gapił się tempo czy to w dal czy w swój aparat i nie wiedział już czy ma zrobić zdjęcie, czy już zrobił, albo co gorsza - co on tu w ogóle robi?
Mieliśmy wrażenie, że przez one czapki podwójne i skorupki czaszek - jakoweś igły lodowate nam w mózgi się wbijają, więc nie dziwota, iż działanie onego potrzebującego przecież ciepłoty urządzenia obliczeniowego nie było zadowalające. Wicher coraz większe w oszronieniu szkody poczynał, zamieć śnieżną ze szronu wywołując. Późno już było i coraz ciemniej więc niewiele się namyślając późnym popołudniem skierowaliśmy się już do odwrotu, bo trudno było sobie wyobrazić aby w takich piekielnych warunkach zimowych można ogień jaki wzniecić i go utrzymać przy życiu. Porażające jak prędko całe to królestwo bieli zniknęło za sprawą wiatru. Idąc częściowo tą samą drogą co rano - oczom nie wierzyliśmy, jak pejzaż został odarty ze szronu doszczętnie - zupełnie niepodobnym będąc do porannego. Tak, że bez żalu wracaliśmy, chętnie przyśpieszając kroku, boć to najpewniejszy sposób aby przywrócić żywotność w skostniałych organizmach.
To co więc widzimy po lewej - na zdjęciach - zjawiskiem było trwającym jakieś 7 godzin najwyżej za dnia, zaś fotografowanie onych wspaniałości zajęciem było bodaj najokrutniejszym jakie dotąd zaznaliśmy. One okrucieństwo przyrody wydatnie nam też w syceniu się pięknem szronów przeszkadzało. Ale teraz wszyscy możemy w cieple i zaciszu naszych przytulnych izdebek spozierać z uciechą na roztoczańską zimę w jej najczystszej postaci - na jej istoty esencję kwintesencji.
Tekst: Tomasz PiotrowskiZdjęcia: Tomasz Piotrowski i Piotr Wierzbowski (www.piotrwierzbowski.pl)