O...błędne koło
Zimowa Extreminada piesza
 
 
 
Data: 20 grudnia 2008, od wczesnego rana do późnego wieczora.
Uczestnicy: Piotr Kapłon, Marek Piotrowski i Tomasz Piotrowski
Cel: Pierwotnie miała to być stateczna przechadzka, podczas której wznoszone miały być toasty najprzedniejszym trunkiem, za zacne Osoby i ważkie wydarzenia. Jednak po niespodziewanym wkroczeniu do królestwa zimy - doszło oczywiście fotografowanie i uporczywe udręczenie podczas błądzenia.
Trasa: Jedno co wiemy na pewno to, że wyruszyliśmy z Wólki Wieprzeckiej i do niej powróciliśmy, a co było pomiędzy temi "dwoma" Wólkami to dowiecie się z relacji.
Pojazd i dojazd: Ze względu na konieczność wznoszenia toastów - skorzystaliśmy z komunikacji busowej jadąc do Wólki i taksówkowej jadąc od Wólki - do Zamościa.
Straty w ludziach i sprzęcie: Poza doszczętnym przemoczeniem, kompletnym umęczeniem oraz srogim zamroczeniem - strat większych nie odnotowano.

 
 
 
Dojazd
Tym razem skorzystaliśmy z busa jako środka lokomocji na trasie Zamość-Wólka Wieprzecka, gdyż zamierzaliśmy wznosić toasty po drodze, za Wydarzenia i Osoby, które tego pilnie wymagały. Toteż zakupiliśmy odpowiednią baterię najprzedniejszych dwójniaków coby obowiązek nasz wypełnić pilnie i sumiennie. Cena biletu na takiej trasie wynosi jedyne 3 złocisze, ale trzeba pamiętać, że w soboty i niedziele nie uda nam się już niczym poza taksówką powrócić do Zamościa.

Start i toast pierwszy
Właściwy start naszej wędrówki nastąpił nie w Wólce Wieprzeckiej ale przy drewnie przygotowanym do wywózki z RPN, gdzie wygodnie nam było zagrzać najprzedniejszy napitek jaki świat widział - miód pitny. Ten akurat o nazwie "Staropolski" pochodził z lubelskiej spółdzielni pszczelarskiej "Apis" i nim to - szlachetnym napojem - wznieśliśmy toast za nowych potomków, jakich co niektórzy Kamraci doczekali się ostatnimi czasy oraz na tych, na których właśnie oczekują. W tym miejscu chciałbym zaapelować aby do ust nie brać tych francuskich popłuczyn, czy niemieckich zlewek, albo jakich włoskich mydlin, ino trzymać się tego co nasze, co najlepsze - czyli efektu długiej i tak wspaniałej tradycji miodosytnictwa jakiej żaden kraj nie ma - czyli miodów pitnych. Wspierajmy te nieliczne już niestety spółdzielnie i indywidualnych wytwórców, będące wciąż w naszych rękach rodzimych, aby istniały jak najdłużej. Nie kupujmy obmierzłych globalistyczną bylejakością, zunifikowanych wysięczyn, które nie do gardła wlewać się winno - ino do studzienki ściekowej, a i to zapewne środowisko naturalne rur kanalizacyjnych by zatruło, szczurom tam egzystującym parchów przysparzając. Sięgajmy to co najwartościowsze, najzdrowsze i najcenniejsze - skarb nasz staropolski, którego receptury od pradziadów naszych przyjęliśmy i naszym potomkom winniśmy również pozostawić, tradycję sycenia miodów kultywując

Wróćmy jednak do naszej wędrówki, bo nielicho wrażeń nam ona dostarczyła i nielicho ja teraz się umorduje, zanim Wam to wszystko opiszę.

Nic nie zapowiadało, iż byśmy mogli tego dnia ujrzeć zdołali chociażby garść śniegu. Zima jak już to od paru lat widzimy - kaprawą jest, słotną, lichą i śródziemnomorską. Któż więc mógł przypuszczać, iż obaczym ją w postaci staropolskiej, krzepkiej i olśniewającej blaskiem przeczystej bieli, oblepiającej wszystko dokoła. Ano nikt! My również!
Te nieliczne białe plamki, które widzieliśmy w lesie przy złożonym drzewie, specjalnie nas nie zastanawiały i niewiary naszej nie przełamywały.
Wznieśliśmy więc pierwszy toast za zdrowie nowych Potomków, których niektórzy z nas się doczekali, a później jeszcze jedną kolejkę za pomyślność wszelkiej nowo narodzonej dziatwy, której przecie wciąż za mało się rodzi aby Naród nasz w przyszłości nie wymarł doszczętnie. Aby jaki żółty Kińczyk i inszy barbarzyńca po naszych lasach z dzikimi wrzaskami nie ganiał, wyżerając z niech co tylko się rusza.
Tak pokrzepieni, rozgrzani wewnętrznie na samym początku dnia - ruszyliśmy dziarsko pod górę, błotnistą ścieżką, rozpulchnioną przez traktory, które tędy one drzewo wlokły.

Jesienna droga do królestwa zimy
Niespiesznie podążając ścieżką dydaktyczną, leniwie fotografując las na lewo to na prawo, jeszcze bez przekonania i specjalnego zaaferowania - niepostrzeżenie zaczęliśmy postrzegać, iż im wznosimy się wyżej - tym jakoś więcej onej bieli widzimy. Wprawdzie śnieg smarkał z nieba, ale nie były to opady, które tłumaczyłyby zwiększającą się jego pokrywę w miarę jak szliśmy w głąb lasu. Wreszcie jakby - rażeni śnieżnym gromem stanęliśmy i oczom nie wierząc, jęliśmy wymachiwać rękoma i gęby rozdziawiać, bo oto przed nami bieliła się prawdziwa, rasowa, staropolska zima. Przeszliśmy koło pomnika pewnego sovieckiego partyzanta, który zginął w bitwie pod Wojdą. Zauważyć trzeba przy okazji, że jednemu rosyjskiemu partyzantowi postawiono bardziej okazały pomnik niż ten w Wojdzie - zbiorowy, poświęcony wszystkim ofiarom, również mieszkańcom Wojdy. To wyraźnie pokazuje jacy partyzanci po wojnie byli dla "naszej" władzy najważniejsi. Całe szczęście, że nie tkwi już na nim złowieszcza czerwona gwiazda - symbol jednego z dwóch najstraszliwszych systemów totalitarnych w dziejach świata, którego nędzną końcówkę nasze pokolenie miało nieszczęście jeszcze oglądać. Jakże to był straszliwy cios dla Polski, kiedy z dwóch stron uderzyły na nas dwa ówczesne supermocarstwa owładnięte szatańską żądzą zniszczenia.

Do Wojdy - niedojdy!
Nieco dalej, pokrzepieni zacnym miodem, któren przystrojony został podczas sycenia sokiem malinowym - ruszyliśmy w dalszą drogę, poprzez śnieżne wspaniałości wiodącą. Wszędy, gdzie obiektywy kierowaliśmy - wszędy jaśniała bielą wspaniała knieja. Moc w niej było drzew krzepkich, starodawne czasy pamiętających. Jednak gdyśmy przy pomniku jeszcze stali i podgrzanym miodem przepysznym się raczyli - co pewien czas trza było kulić się z przestrachem, bo pod obciążeniem mokrego śniegu, waliły w dół z łoskotem, łamiąc się po drodze - uschłe i grube konary, które gnaty człekowi przetrącić by zdołały z łatwością, a i krępego dzika ogłuszyć by na chwilę mogły. Aby ryzyko jakiego fatalnego nieszczęścia zminimalizować, uznaliśmy, że od Wojdy lepiej będzie dojść czerwonym szlakiem partyzanckim, chociaż mieliśmy świadomość, że takie ułatwienie wędrówki okropnie jest niehonorowym. Wierzę jednak, że bacząc na okoliczności usprawiedliwiające - wybaczycie nam ten niecny postępek.

Siła Coriolisa - powód naszego ustawicznego błądzenia
Tak się jednak złożyło - zresztą nie pierwszy już raz - iż na trajektorię naszego marszu przemożny wpływ wywarła siła Coriolisa, powodująca zbaczanie obiektu poruszającego się po powierzchni Ziemi (czyli wirującej kuli). Na Ziemi, na półkuli północnej siła ta "działa" w prawo i nawet rzeki podcinają bardziej swe prawe brzegi. A co do tego Kamraci wędrujący w stanie silnego obezwładnienia błędników! Szybko więc poczęliśmy gubić z oczu i tak w tym zaśnieżeniu niewidoczne - czerwone znaki szlaku, by później na szczęście równie niespodziewanie je odnajdywać, czemu towarzyszyła zawsze nasza gromka radość i zadowolenie, rodzące się z odnalezienia. Podczas dalszej wędrówki siła Coriolisa miała na nas tak przemożne oddziaływanie, iż w drugiej części dnia zupełnie się pogubiliśmy, ale o tym później.

Wojda - wieś unikatowa
Wojda należy do nielicznych wiosek, do których nie prowadzi żadna utwardzona droga, zaś te które prowadzą - wiodą przez teren bardzo trudny, tak że poza samochodami terenowymi dojechać tu niepodobna. Otoczona wzgórzami, przylegająca do lasów RPN-u wioseczka składa się już z dwóch zdaje się zamieszkanych gospodarstw. Resztę pochłonął RPN i w stodole należącej do tych wchłoniętych zagród postanowiliśmy odpocząć chwilę i toast wznieść za to, iżby wioska ta nigdy całkowicie nie wymarła i nie stała się skansenem.
Otoczenie Wojdy jest niebywale sielskie i bardzo malownicze, każdy kto tu spędził chwil parę - zostanie trwale panującą tu atmosferą spokoju zauroczony. Szczególnie wiosną, gdy kwitną łąki i wszystko budzi się w radości do życia. Ale i zimą jest nie gorzej. Przed wsią, od strony Parku napotkamy dwa spore dębiska, z których jeden, o obwodzie pnia 5-6 metrów jest już niestety martwy i nado uważać podczas silnych wichrów i przy dużych opadach mokrego śniegu aby nam na głowę nie zwalił się jaki konar. W okolicy Wojdy rozegrała znana partyzancka bitwa roztoczańska, rozpoczynająca słynne Powstanie Zamojskie. Zamojszczyzna była podczas okupacji tak naprawdę we władaniu partyzantki, zaś Niemcy nie mogli tu nigdy czuć się pewnie i bali się zapuszczać w bardziej dzikie zakątki.
Wojda oparła się cywilizacji i jedynie prąd elektryczny jest tu jej forpocztą. Brak asfaltowego dojazdu chroni to miejsce przed tabunami turystów wakacyjnych, którzy nie wypuszczają się dalej od samochodów niźli na kroków parę.

Popasu rarytasy
Dotąd nic nie spożywaliśmy, czas bowiem wypełniała nam wędrówka i fotografowanie, zaś ciepłotę ciała podtrzymywaliśmy dzięki energii miodowej, którą dozowaliśmy z umiarem ale systematycznie, tak by słodycz ognista z nas całkowicie nie wyparowywała. Jednak wysiłek dał się nam we znaki, zawłaszcza za sprawą koszmarnego błota, jakie pod śniegiem wszędy miąższą warstwa stagnowało. Każdy więc krok oznaczał rozjeżdżanie się buciorów, wbijanie w bagnistą maź i wyszarpywanie trzewika. Nie dziwota więc, że po opuszczeniu Wojdy czem prędzej jęliśmy się rozglądać za jakimś dogodnym miejscem do ustawienia maszynek i podgrzania jadła. Na pierwszy ogień poszedł żur domowej roboty, wzbogacony słusznej ilości kiełbasą ze Żdanowa, z masarni małej, która w odróżnieniu od globalnych producentów - pozyskuje świnki nie z jakiś wielkoprzemysłowych tuczarni, wołających o pomstę do Nieba, lecz od dostawców lokalnych. Globalizm w każdej dziedzinie, a zwłaszcza w produkcji żywności - oznacza prędzej czy później katastrofę w skali globalnej. Dlatego każdy kto rozum jeszcze zachował w tym popapranym świecie - niechaj się globalnych produktów wystrzega i poszukuje jadła zdrowego, zaś najlepiej niechaj sam produkuje co tylko może. Sam sobie bowiem człowiek trucizny nigdy nie poda na talerz. A do tego jajeczko od kury, która nie w jakiej apokaliptycznej fermie tkwiła całe życie swe liche, w jakim ciasnym industrialnym kojcu, wpatrzona w miliardy swych nędznych towarzyszek niewoli, na wpół oskubana, na wpół stratowana w ciasnocie - ale po podwórku sobie chadzała dumnie, skubała robaczki tłuste, zagryzała trawką, wodę piła czystą, w kurniku swobodą się cieszyła i poważaniem sąsiadek. Nie dziwota więc, że takie jajko smakuje człekowi wybornie i aż trzewia mu ściska z rozkoszy gdy prawdziwy żur w pośpiechu młóci. Każdy więc z nas po litrze żuru wchłoną, w tempie mogącym budzić zdumienie nawet u wygłodzonych krokodyli nilowych. Nasz jedyny posiłek podczas tego dnia spożyliśmy przy ambonie myśliwskiej, na której drabinie najwygodniej było nam postawić menażki i nich na stojąco żur chłeptać. Dlatego przed wymarszem w dalszą drogę wznieśliśmy toast za budowniczych onej ambony.

Do lasu! Szukać miejsca dłuższego popasu
Zapadały powoli ciemności więc nado nam było poszukiwać miejsca na wzniecenie słusznych rozmiarów ogniska, aby przy nim pobiesiadować jeszcze i parę kolejnych toastów wychylić, gdyż jak wiadomo lżej jest nieść zawartość flaszy w brzuchu niźli w plecaku. Dalsza nasza droga miała prowadzić skrajem RPN, od którego granicy mieliśmy odbić w prawo i tam pośród głębokich i rozległych wąwozów lasów Komisarskich chcieliśmy zalec na dłużej. Początkowo szło nam zgodnie z planem i trzymając się granicy Parku - doszliśmy do punktu gdzie szlak zielony odbija skrajem lasu w prawo. Później poszliśmy już na żywioł, gdzie oczy poniosły, błądząc okrutnie pośród wąwozów, męcząc się srogo i z coraz większą zapalczywością poszukując odpowiedniego miejsca na ognisko. Wiedzieć bowiem trzeba, iż w warunkach permanentnej wilgoci, opadów deszczu i śniegu - wszystkie drwa są kompletnie przemoczone i nasiąknięte niczym gąbka. Aby więc udało się ów ogień długo w postaci olbrzymiej utrzymać, trzeba go wzniecać w miejscu, w którem będziemy mieć w zasięgu ręki odpowiedni opału rezerwuar. Po zapadnięciu zupełnych ciemności szukanie drwa i znoszenie go jest zajęciem wybitnie niewdzięcznym aby nie rzec - beznadziejnym. Siła Coriolisa mocno nam w tym poszukiwaniu przeszkadzała, zataczaliśmy wyraźnie jakieś obłędne koła w coraz ciemniejszym lesie. Zmrok stawał się coraz bardziej mroczny i nieprzenikniony. Z ciemnych chmur jął padać drobny deszczyk. Na szczęście udało się w końcu znaleźć bardzo głęboki i rozległy parów, jakby ogromny lej czy krater, w którym namierzyliśmy zwalonego starością i uschłego już buka, przy którym zrzuciliśmy z pleców ciążące niemiłosiernie plecaki.

Ognisko i przedziwny zanik zimy
Tu muszę wpierw nadmienić o przedziwnym zjawisku jakiego pojawy obserwowaliśmy zaskoczeni. Ano zaczął padać drobny deszczyk, który błyskawicznie topił jeszcze niedawno tak wspaniałe zaśnieżenie kniei. Biel zniknęła niemal całkowicie, a przez to wokół ciemności stały się jeszcze bardziej mroczne. Zima więc trwała jeno za dnia.
Wszystko wokół ociekało lodowatą wodą z deszczu i stopionego śniegu i w takich warunkach musieliśmy wzniecić płomień, wytworzyć żar i rozwinąć ogień do postaci, która nas odpowiednio ogrzeje, bośmy już przemoczeni doszczętnie jęli zębami szczękać. Sytuację chwilowo uratowało wzniesienie toastu za wiewiórki śpiące teraz w suchych i przytulnych dziuplach. Do wzniecenia ognia musieliśmy użyć środków dopingujących w postaci wkładu do znicza, denaturatu i obfitego gniazda uwitego z papieru toaletowego, w którym dopiero złożyliśmy pierwsze drobne patyczki bukowe. Dzięki tym łatwopalnym atrybutom bardzo powoli ale skutecznie udało się zachęcić mokre patyczki do zajęcia się ogniem, a później coraz grubsze i grubsze aż wytworzył się żar. A jak się żar wytworzy to dawaj podkładaj pan na całego! Buczyna dobrym jest opałem i rozbuchane na niej ognisko nawet śnieg zapali. Ognisko niezbędnym jest każdej Extreminady składnikiem i musi przy tym być rozmiarów słusznych aby w mroku nocy grudniowej, niczym latarnia morska wskazywała drogę spóźnionym dzikom. Nie mogliśmy więc nie wypić zdrowia niejakiego Prometeusza - syna Japeta, któren wymyślił przed wiekami zapałki. Zapanowała ponownie wielka wesołość i ciepło zewnętrzne oraz wewnętrzne łącząc swe energetyczne siły, prędko nasze zamrożone cielesności do żywotności doprowadziły. Cóż wtenczas mogło się równać takiemu biesiadowaniu? Żaden z Kamratów takiego miejsca i klimatu nie zamieniłby na królewskie nawet komnaty, szaty i wystawne bale. Lepiej przy takim ogniu w przemoczonych butach, a w kompanii zacnej gaworzyć, niźli w obmierzłym luksusem towarzystwie nadętych sukinkotów się męczyć. Na takie wyobrażenie każdy Kamrat plwa z pogardą! Biedni są bowiem ludzie łaknący wyszukanych wygód w żywocie.
Jak mawiał pewien starożytny filozof - ze złotych pucharów pija się zwykle truciznę.

Droga ewakuacyjna
Przychodzi jednak w końcu taki moment, iż człek na nogach zaczyna się słaniać, senność myśli mu otumania, i chciałby gdzieś lec pod drzewem i drzemkę uciąć. Wtenczas zapala się lampka ostrzegawcza i świadomość oczy przeciera - trzeba nam to miejsce zacne opuścić i w drogę powrotną się wybrać, szczególnie że onej drogi powrotnej nie znamy i nie możemy jej poznać, bośmy ślepi. Umysł jeszcze odrobinę jaźni rozumnej zachował i nad cielesnością steraną trochę władzy sprawował. Z najwyższym trudem pozbieraliśmy po raz enty porozrzucane klamoty, bo przecie podgrzewanie jadła i napitku wymaga pewnych niezbędnych przyrządów, chociażby jak one trzymadełko do menażki, które poparzeniu palców zapobiega. A nado wspomnieć, szczególnie tym z nas, którzy nocą rzadko urządzają po lesie spacery, iż gdy się człek do blasku ognia nadmiernie przyzwyczai, a oczy mu od ciemności odwykną - nic poza onym ogniskiem nie widzi, jako ta mucha w masce spawalniczej. Małe czołówki z zziębniętymi bateryjkami nie pierwszej młodości, również wiele nie wspomagają lichego wzroku człeczego. Stąd gdy chcemy ustalić kierunek marszu i odpowiedzieć dokąd zmierzać mamy - jedna jeno odpowiedź jest prawdziwą - nie wiemy.
Jasne jest, że po tuzinie toastów oraz całodniowej, intensywnej włóczędze nado iść z roztropnością aby niepotrzebnie sił nie trwonić. Jakeśmy sobie przypomnieli jak wysokie były ściany onego parowu - kiedyśmy jeszcze je widzieli - to szybko uznaliśmy, że podchodzić pod nie nam się specjalnie nie chce. W poprzek wąwozów marsz byłby naszym ostatnim ale było jedno wyjście z tej opresji. Ów parów musi mieć jakiś wylot wąwozowy i abyśmy tylko szli zgodnie ze wskazaniami grawitacji - to ów wylot prędzej czy później namacamy. A taki marsz na dodatek jest najłatwiejszy - czyli w dwójnasób nam się to opłaci. Jeśli grawitacja nas wstrzymywała - cofaliśmy się, jeśli zaś popychała w dół - szliśmy właśnie w onym kierunku. I tak, widząc na parę kroków przed siebie, od czasu do czasu wymijając kolumny buków czy potykając się o jakieś leżące zawady - podążaliśmy w kompletnej czerni pochmurnej grudniowej nocy słotnej. Śniegu już wcale nie było, siąpił jakiś mżawkowaty deszczyk, w butach chlupotało, sen morzył, głowa ledwo się kolebiącego tułowia trzymała... Rzeczywiście weszliśmy do jakiegoś wąwozu a grawitacja podpowiadała, że istotnie obniżamy się ustawicznie. Niestety dno wąwozu, którym iść musieliśmy było również tym miejscem, do którego za namową grawitacji ściekała woda ze zboczy. Więc nie trzeba chyba tłumaczyć, iż bardziej brodziliśmy w jakimś szlamie niż maszerowaliśmy. Po drodze mieliśmy - jak zdawało się w pierwszej chwili - omamy. Marek wypatrzył świecący na seledynowo punkcik na zboczu wąwozu. Podciągnęliśmy się tam na czworakach i rzeczywiście, coś świeciło w ściółce. Jakiś robaczek - zdaje się, że świętojański! Wyglądał na martwego ale świecił. Może tylko nie mógł się ruszać z zimna. Dziwaczne w grudniu zjawisko. Dalej mijaliśmy jakieś dołączające się do naszego inne wąwozy, zwalone drzewa, pnie utrudniające nam marsz złośliwie. Co chwilę jakiś Kamrat próbując taką przeszkodę forsować zawisał na pniu i drzemał. Trzeba był go budzić, szamotać aby szedł dalej, wstydu nam nie przynosił. Dno wąwozu stawało się coraz szersze i przestronniejsze, to widomy był znak, że jego wylot jest już bliski. Bliskie jest nasze ocalenie! Ciekawiło nas gdzie wyjdziemy ale niebawem dowiedzieliśmy się, wypatrując w światłach czołówek kolejną czerwoną parkową tablicę.

Odwrót
Stąd już niedaleko było do pomnika w Szewni, więc zatoczyliśmy tego dnia O... błędne koło. Jeszcze trochę marszu i dopadliśmy przystanku w Wólce Wieprzeckiej, a tam trzeba było dzwonić po taksówkę niestety, bo w dni wolne od pracy na jakikolwiek bus czy autobus do Zamościa liczyć nie można. Całe szczęście, że udało nam się namówić panią dyspozytorkę na wysłanie taksówki po nas za jedyne 40 złociszy bo tyle mieliśmy.
Jako, że trudy marszu i toastów osiągnęły minimalny poziom, odpowiadający pojęciu Extreminady - relację z tejże włóczęgi możemy w tym właśnie dziale umieścić, jak zwykle - Wam i nam ku uciesze.

Tekst: Tomasz Piotrowski
Zdjęcia: Marek i Tomasz Piotrowscy


 
 
 
 
 
 
 
 
 
All © Copyright 2000 – 2012 Marek & Tomasz Piotrowscy.
Wszystkie teksty i zdjecia na stronie oraz sama witryna sa objete prawami autorskimi.
Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i pisemnej zgody autorów jest zabronione.