PROLOGW latach 90`, znudzeni bezmyślnym chodzeniem po tatrzańskich znakowanych szlakach turystycznych, zaczęliśmy eksplorować góry "na dziko". Trudno było niezauważonym działać w ten sposób w Tatrach Polskich, ze względu na obfitość czujnych obserwatorów w zielonych i czerwonych strojach. Dlatego przemieściliśmy się na stronę słowacką, gdzie cieszyć mogliśmy się większą swobodą w poruszaniu. Nie ze względu na normalniejsze przepisy - ino ze względu na mniejsze zagęszczenie filanców
(filanc - żartobliwe określenie strażnika parku narodowego). Oczywiście mówię tu o poruszaniu się w partiach najwyższych (poza linią kosodrzewiny). Za cele ryzykownych rajdów obraliśmy szczyty, na które nie wiodły (lub wiodły w przeszłości) znakowane szlaki. Trzeba bowiem wiedzieć, iż zlikwidowano między innymi szlak na Gierlach i wprowadzono tam przymus poruszania się z płatnym przewodnikiem.We wspinaczce i wędrówce wykorzystywaliśmy z powodzeniem "zasłonę dymną" w postaci chmur i mgieł. Wyruszaliśmy również w pogodę paskudną, gdyż wówczas przewodnicy nie prowadzili klientów i góry były wolne od kontrolerów. Wracaliśmy nocą, bez latarek - niewidoczni. To wszystko oczywiście poza korzyściami przysparzało nam dodatkowych i to nie lichych trudności. Chmury, mgły i ciemność sprawiały, że byliśmy niewidoczni przemierzając zakazane perci ale i sami również nie wiele widzieliśmy, a przecież często poruszaliśmy się w terenie nam nie znanym. Dlatego staraliśmy się celować w pogodę zmienną - tak by chmury od czasu do czasu jednak rozstępowały się, co pozwalało nam na zorientowanie się w sytuacji i ponowną wędrówkę "po omacku". Było to bardzo trudne i czasochłonne, gdyż w fazie zachmurzenia kompletnego, staraliśmy się albo czekać albo przemieszczać bardzo ostrożnie, pamiętając to co widzieliśmy jeszcze przed chwilą. W czasie gdy chmury ustępowały, musieliśmy pokonywać teren w tempie ekspresowym. Takie szturmowe przejścia były szczególnie konieczne w miejscach odsłoniętych, gdyśmy byli widoczni ze szlaków turystycznych. Wtenczas nie mieliśmy jeszcze maskujących ciuchów więc trzeba było wykorzystywać zasłonę skał. Wszystko to szalenie utrudniało akcję, czyniąc ją za to prawdziwie ekscytująco emocjonującą. Nie trudno się domyśleć, że w takich warunkach nie od razu, i nie od pierwszego ataku udawało nam się osiągać zamierzone cele. Byliśmy bowiem zawsze dalecy od metody wchodzenia na górę "za wszelką cenę". Cieszyło nas samo przebywanie w trudnym terenie i jego eksploracja. Odkrywanie nieznanego. Jeśli sytuacja tego wymagała - bez żalu rezygnowaliśmy z wchodzenia na sam wierzchołek, bo przecież nie wejście na górę jest największym sukcesem wspinacza - ale zejście z niej.
Wspomnę jeszcze o problemie chodzenia w Tatrach poza szlakami. Wielu z nas jest już tak przyzwyczajona do rygoru chodzenia tylko wyznaczonymi szlakami, że uznaje to za normalne - a to normalne niestety nie jest.
W Tatrach (mimo pozornej zmiany ustroju), wciąż mamy dwie kategorie ludzi gór - podludzie i nadludzie. Do nadludzi gór zaliczamy posiadaczy świstka z podpisem dyrektora Parku, przewodników i ich klientów oraz taterników. Im to wolno chodzić może nie wszędzie ale bardzo swobodnie (poza pewnymi miejscami wyłączonymi ze względu na ochronę ścisłą). Podludzie zaś to pozostali, którym wolno chadzać wyłącznie szlakami znakowanymi. Takie traktowanie ludzi w górach znajdziemy chyba tylko w Tatrach. W magazynie "Góry" (numer grudniowy z roku 1996, str. 76), tak oto pisze o karcie taternika Jerzy Wala (instruktor-senior PZA) :
"Trzeba zacząć od sprawy zasadniczej, reliktu okresu komunistycznego totalitaryzmu, kiedy to ludzi szufladkowano i stawiano im najróżniejsze ograniczenia, do których między innymi należy "karta taternika", dzieląca ludzi w górach na lepszych i gorszych, na uprzywilejowanych i nieuprzywilejowanych. Jedni mogą poruszać się tylko po ścieżkach, inni mogą wyjść poza nie, zgodnie z biurokratycznym ustawieniem problemu, niezależnie od rzeczywistych umiejętności i doświadczenia górskiego. Do tego jeszcze po stronie słowackiej, kierując się względami komercyjnymi, nawet ogranicza się rygorystycznie poruszanie się po niektórych ścieżkach, które przez poprzednie dziesiątki lat były znakowane i dostępne dla każdego turysty. Tak jest z Gerlachem i Wysoką, ponoć także z Lodowym Szczytem. Tego nie ma w żadnych innych górach wysokich. Ograniczenia dotyczą rezerwatów przyrody, terenów zamkniętych ze względów gospodarczych czy wojskowych, ale na pozostałych obszarach górskich nikt się nie pyta o pozwolenie. Wspinasz się i wędrujesz na własne ryzyko."O tych i innych paranojach tatrzańskich można zresztą poczytać w kolejnych tekstach:
- "Tatrzański Park Byrcynowy" - Góry, kwiecień 1997, str.80
- "Pies szczeka - karawana idzie dalej czyli "ochrona" przyrody w TPN" - Góry, listopad 1996, str 65
- "Tatry okiem kłusownika" - Góry, październik 1997, str 73
- "Jak zdobyć kartę taternika, artykuł polemiczny" - Góry, czerwiec 1997, str.22
AKCJAJedną z takich klasycznych Extreminad z tamtych lat, przybliży Wam poniższa relacja. Celem naszym było wejście na Gierlach sposobem najłatwiejszym - starym, zlikwidowanym szlakiem wiodącym przez Wielicką Próbę, po którym zostały jedynie łańcuchy i klamry w stanie ruiny, zaś oznakowanie zdarto ze skał aby dodatkowo zniechęcić do wizyt samodzielnych turystów.
01.VIII.1997Z notatnika:
"Mimo ciągłych opadów deszczu idziemy w stronę Gierlachu. Dochodzimy tylko do Śląskiego Domu. Mgła ustępuje jedynie na chwilę, ukazują się Granaty Wielickie. Wciąż pada, nieraz intensywnie. Przy Śląskim Domu na termometrze +5oC".02.VIII.1997 (Kwatera w Nowej Leśnej, koło Smokowca)Z notatnika:
"Cały dzień leje jak z cebra - siedzimy i słuchamy radia. Wieczorem, już po zmroku patrzymy przez okno jak jakiś Niemiec pucuje swego Mercedesa, w kolorze "taksówkowym". Mimo ulewnego deszczu.(sic!) Żona przynosi mu pelerynę, deszcz leje jak z cebra, a ten dalej poleruje. Bolą nas już brzuchy ze śmiechu"03.VIII.1997Z notatnika:
"Niedziela. Pogoda nawet niezła, widać góry! Ruszamy. Sklepy w Smokowcu zamknięte. Mamy na dwóch:
- 2 paczki orzeszków ziemnych,
- 2 czekolady
- 3 litry wody "Dobra Voda" i...
... idziemy (mamy jeszcze chleb)."Podkreślę, iż całą drogę opisaną niżej pokonaliśmy tylko na tym prowiancie.
ROZGRZEWKAZ Nowej Leśnej, gdzie mamy kwaterę, musimy się wpierw doturlać kolejką do Smokowca, skąd wyruszamy dziarsko, nie zrażeni ascetycznymi zapasami prowiantu. Maszerujemy szlakiem zielonym, wiodącym Doliną Wielicką, przez las zawalony kamolami, które w drodze powrotnej dadzą nam później mocno w kość. Szybko pokonujemy 5,5km dzielące Smokowiec od Śląskiego Domu - hotelu górskiego, słynącego ze swej socrealistycznej brzydoty, ni jak nie pasującego architektonicznie do zaiste prześwietnego otoczenia Wielickiego Stawu. Na termometrze przy budynku widzimy ponownie +5
oC, ale co chwilę zza snujących się chmur wygląda słońce, reanimując nasze nadzieje na znośne warunki tego dnia. Pogoda jest więc optymalna dla naszych potrzeb. Wedle naszych planów - obłoki mają pomóc nam w ukryciu się, gdy zajdzie taka potrzeba. Zaś prześwity między nimi pozwolą nam rozpoznać dalszą drogę. Oczywiście jak to w życiu bywa - stanie się dokładnie na odwrót. Aby dotrzeć do wejścia na dawny szlak prowadzący na Gierlach - szybkim marszem pokonujemy jeszcze kawałek, omijając długi Wielicki Staw i wchodząc na próg odgradzający wyższe piętro Doliny Wielickiej. Z progu spadają wody Wielickiego Potoku, tworząc malowniczy wodospad zwany Wielicką Siklawą. Pospiesznie robimy zdjęcia koło Mokrej Wanty, gdzie wydłubywano z przewieszonej ścianki ongiś granaty, stąd zwie się ona Granatnicą. Osiągamy wreszcie Wielicki Ogród - 300 metrowej długości sielską łąkę, sąsiadującą z mrocznymi ścianami Gierlachu. Jesteśmy na wysokości 1820 m, przechodząc od Smokowca ponad 800 m przewyższenia ale rozłożone na długim odcinku. Teraz stoimy pod Gierlachem i czekamy na warunki do wykonania skoku za jednym zamachem, pokonując przewyższenie 600 m na odcinku znacznie krótszym, a to oznacza ni mniej ni więcej jeno palpitacje serca na końcu drogi.
SZTURMNiestety chmury rozwiały się zanadto, wszystko widać jak na dłoni - nas również. Czekamy trochę ale nie mamy przecież czasu, musimy działać. Połykamy po parę kostek czekolady, popijamy je wzbudzającą wielką wesołość "Dobrą Vodą" i po uprzednim upewnieniu się czy nikt nie lezie z dołu - przypuszczamy błyskawiczny atak. Nie bawiąc się w człapanie prowadzącą zakosami ścieżką - wbiegamy na czworakach, po mokrych trawkach prosto ku górze. To jest wyścig z czasem. Musimy przejść ten odcinek jak najprędzej, bo jesteśmy doskonale widoczni ze szlaku turystycznego, a trzeba wiedzieć, że każdy Horsky Vodca, będący zarazem członkiem HS TANAP, ma radiotelefon i nie omieszka dać cynk komu trzeba. Takie podejście, a raczej sprint na 4 łapach (na wzór małpio-psi), sprawia, że pod Wielicką Próbę docieramy już z obłędnie łomocącymi sercami, a pod ścianką łapczywie gulgocemy wodę, zauważając z niepokojem jej błyskawicznie ubywające zapasy.
Wielicka Próba to znajdująca się na wysokości ok. 1980 m, kilkunastometrowa ścianka, stanowiąca w istocie podcięcie trawiastej grzędy będącej częścią turni o nazwie Ponad Ogród Turnia. Jest to miejsce kluczowe dla osób nie mających liny, gdyż tylko tędy można bezpiecznie (względnie) przejść dalej i w ogóle zejść w razie konieczności do doliny. Przejście po klamrach jest miłą odmianą, i właściwie takie poruszanie się w górach jest najprzyjemniejsze i najciekawsze. Niestety dalej jesteśmy widoczni z dołu i nie mamy możliwości odpoczynku, musimy dopaść Przełączki nad Kotłem (2425 m) - kolejnego kluczowego miejsca, do której zbliżamy się wysmażani przez pierońsko ostre słońce, będąc w stanie jakiejś koszmarnej dwoistości termicznej. Powietrze jest lodowate, a słońce grzeje jak piekarnik. Od słońca jesteśmy więc przypalani a w cieniu zamrażani. Jakby zabrakło atmosfery łagodzącej termiczne skrajności. Do tego upiorna czerń zacienionego Wielickiego Żlebu potęguje to wrażenie. Wyżej, ponad Wielicką Próbą myli nas taternicka droga 1657M (wg WHP
(1)), którą idziemy kawałek, piarżystym zachodem na siodełko w żebrze Ponad Kocioł Turni, dochodząc do miejsca gdzie perć opada na łeb, na szyję w dół, tak że musimy zawrócić. Zdaje się, że docieramy nad sam skraj potężnej, 800 metrowej rynny - Żlebu Karczmarza, na wschodniej ścianami Gierlacha, któren rozpoczyna się hen w górze Lawiniastą Przełączką, a kończy hen w dole - jednym z największych w całych Tatrach stożków usypiskowych.
Wracamy i wchodzimy nieco bardziej na lewo, odnajdujemy bliżej czarnego Wielickiego Żlebu właściwą perć - 1671A, i nią w końcu, po wielce forsownym podejściu osiągamy Przełączkę nad Kotłem. Pokonaliśmy w ten sposób bez chwili wytchnienia owe 600 m, znajdując się w miejscu już niewidocznym ze szlaku, przechodząc wąską gardziel skalną na drugą (zachodnią) stronę potężnego masywu Gierlachu.
PO OMACKUMusimy chwilę odpocząć, uspokoić serca, napić się i rozejrzeć, aby odnaleźć właściwą drogę. Nieźle stąd widać ogromną michę Gierlachowskiego Kotła - potężnego cyrku lodowcowego, którędy prowadziła najstarsza droga na Gierlach. Niestety widok ten nie trwa długo - bo oto poczynają nadpływać gęste i sine chmury! W parę chwil robi się jakoś ciemno, zimno a widoczność w chmurze spada do kilkunastu metrów. Wokół majaczące skały i co gorsza mnóstwo wydeptanych ścieżek, z których ni jak nie da się odczytać w takich warunkach poważnej pomroczności, która to jest ta nasza droga 1671. Wedle przewodnika WHP
(1) mieliśmy teraz
"wyraźną ścieżką przejść w prawo ku północnemu zachodowi, zboczami Ponad Kocioł Turni, trawersować pierwsze żebro i zejść w skos w dół po klamrach, dalej w poprzek żlebu na drugie żebro... " i dalej... Ale w chmurach z widocznością na kilkanaście metrów ścieżka nie jest możliwa do rozszyfrowania, zaś nasza trajektoria właściwą być nie może. Idziemy więc niepewni, trawersując - nie ważne co i jak. Znosi nas - jak się później okazało - sporo na prawo i zaczynamy robić graniówkę, pokonując całkiem spore trudności (jak na turystów wysokogórskich oczywiście). Przechodzimy nieznanym sposobem przez Mały Gierlach (2608 m) granią przez Niżne Gierlachowskie Wrótka, po czym ze zdumieniem zaczynamy łoić szaleńczo pozębioną grań Gierlachowskiej Czuby. Tutaj rozwiewają się chmury i ze zgrozą patrzymy gdzie nas zaniosło.Przejście po bezładnie powtykanych w grań blokach daje nam sporo frajdy ale dalej teren staje się na tyle trudny, iż trzeba podawać sobie plecak i wspinać się bez niego w kluczowych momentach. Po obu stronach przepaście, a my zaczynamy już iść na czworakach. Tu zapala nam się ostrzegawcza lampka i zatrzymujemy się by zastanowić się nad dalszymi krokami. Zatrzymuje nas przełączka "Pośrednie Gierlachowskie Wrótka", a właściwie dalszy teren gdzie według WHP
1 czekają na nas trudności nieco trudno
(2) - czyli dla nas skrajnie trudno, bo przecie nie mamy asekuracji. Luka w chmurach pozwala nam spojrzeć na dalszą część grani, gdzie kolejno mamy: przełęcz Pośrednie Gierlachowskie Wrótka, Pośredni Gierlach (2642 m), dalej Wyżne Gierlachowskie Wrótka no i wreszcie Wielki Gierlach (2654 m). Niestety pomysł by przeć dalej granią odrzucamy, ze względu na zbyt wielkie ryzyko no i możliwość kolejnego napływu chmur. Na razie cieszymy się kolejną przerwą w zachmurzeniu, widzimy doskonale Pośredni Gierlach i dalej dymiący wierzchołek główny. Przez chwilę odsłania się nawet Sławkowski Szczyt, więc nie próżnując fotografujemy to co akurat wyłania nam się z kłębów chmur.
ODWRÓT PIERWSZYTrzeba więc wracać, tracąc czas i ostatnie zapasy wody. Pomaga nam luka w chmurach więc powracamy sprawnie. Postanawiamy dotrzeć do miejsca gdzie zabłądziliśmy i stamtąd kontynuować akcję, ale wkrótce kończy się nam "Dobra Voda" i jakakolwiek woda, bo na tej wysokości nic nie ciurka, nie mamy też już jedzenia więc uznajemy, iż trzeba będzie zrezygnować z wejścia na główny wierzchołek i zejść klasycznym sposobem - czyli przez Batyżowiecką Próbę. Niestety w poszukiwaniu owej 6 metrowej ścianki, wyposażonej w sztuczne ułatwienia, znowu przeszkadzają nam chmury. I to jak perfidnie! Wykończeni tym ciągłym błądzeniem, odwodnieni i wygłodzeni, zaczynamy stosować najgorszą z możliwych taktyk - iść na skróty. Przestajemy tropić ścieżki i trawersujemy żebra i żleby. Wiedząc, że któryś ze żlebów to Batyżowiecki z jedynym możliwym zejściem - przez ową ściankę leżącą na wysokości 2250 m, zaczynamy jej usilnie poszukiwać. Napotykamy jednak zbyt wiele żlebów opadających na zachód i w chmurach ni jak nie możemy rozeznać którym iść w dół. Przecie jesteśmy tu po raz pierwszy. Próbujemy więc schodzić po kolei każdym. Ten pomysł skutkuje przy okazji szczegółowym poznaniem tego rejonu masywu ale omal nie padamy z wycieńczenia, bo jest to potwornie wykańczające ze względu na perfidię złośliwej pogody. Schodząc jesteśmy w chmurze, docieramy do terenu nazbyt stromego, świadczącego o tym że to zła droga, kończąca się podcięciem i stromizną gwarantującą śmiertelne loty, więc za wczasu - aby nie wleźć na nazbyt zestrominone trawki - wracamy. Ale wtenczas wygląda słońce i pali nas na stoku pod kątem 90
o! Nie mamy kropli wody, jesteśmy wykończeni tym schodzeniem i podchodzeniem. Natykamy się w jednym miejscu na ostre jak brzytwa, zielone łupki (zapewne obfitujące w zielonkawy minerał zwany glaukonitem). Stoją one jak noże i gdyby się pośliznąć i przejechać po nich zadkiem, pewnie by tyłek rozcięły. Biorę jedną płytkę na pamiątkę i szukamy dalej. Jednak w końcu tracimy siły i nadzieję na znalezienie drogi zejścia. Znowu się zachmurzyło.
ODWRÓT DRUGI - OGLĄDAJ SIĘ ZA SIEBIE! Rezygnujemy z dalszych prób i postanawiamy wrócić przez Wielicką Próbę czyli drogą wejścia. To wydaje się najrozsądniejsze ze względu na brak jakiejkolwiek wody na tej wysokości, nie wspominając o późnym popołudniu i braku jedzenia. Mozolnie wracamy ale szybko przekonujemy się o istnieniu nieznanego nam wcześniej zjawiska z dziedziny dezorientacji w terenie maksymalnie skomplikowanym topograficznie, przy zachmurzeniu. Pozwólcie, że krótko opisze na czym to fascynujące zjawisko polega.
Zjawisko to zachodzi w terenie zagmatwanym topograficznie, w którym co chwilę mijamy ścianki, turniczki, przełączki - idąc jakby w labiryncie, a do tego czytelność tych form zacierają nam chmury. Okazuje się, że obraz widziany z jednej strony, nijak się ma do tego jaki ujrzymy wracając. To niby oczywiste, bo dana forma wygląda inaczej z różnych stron, ale wędrując nie myślimy o tym i nie oglądamy się za siebie z lenistwa. Wobec tego nie znamy wyglądu owych ścianek, turniczek i przełączek - ich szczegółów - od strony, z której będziemy wracać. Wobec tego nie znamy drogi odwrotu! Oczywiście mówię tu o sytuacji gdy nie mamy jednej wyraźnej ścieżki jak ma to miejsce w przypadku znakowanego, rozdeptanego szlaku turystycznego. Błądziliśmy więc idąc i błądzić będziemy wracając.
To nas dodatkowo dobiło i muszę przyznać, że lekko przestraszyła wizja spędzenia nocy na wysokości jakiś 2500 m, bez jedzenia, picia i stosownego odzienia. Kiblowanie w takich warunkach przy temperaturze w okolicach zera oraz wilgoci owiewających chmur należy do szczególnie okrutnych nieprzyjemności.
Musimy znaleźć Przełączkę nad Kotłem, bo tylko ona prowadzi do Wielickiej Próby, a tylko tamtędy można cało i zdrowo zejść do Doliny Wielickiej. Wszelkie inne przełęcze rozpoczynają żleby o zawrotnej stromiźnie, a podcięcia ich nie wyposażone w klamry ani łańcuchy są nie do sforsowania dla człowieka bez liny. Charakterystycznym w Tatrach zjawiskiem są pionowe czy przewieszone podcięcia stoków, powstałe w czasie gdy dolinami spływały jęzory lodowcowe, żłobiąc powtykanym w lodowe cielsko materiałem skalnym dolinę i nadając jej U-kształtny profil. Dlatego próby zejścia na skróty byle gdzie, kończą się zwykle tragicznie. Schodzimy coraz niżej, trawki robią się coraz bardziej strome i w końcu albo ześlizgujemy się roztrzaskując na piargu ileś set metrów niżej, albo utykamy w pionowym świecie nie mogąc ani schodzić ani wchodzić. Wówczas pozostaje nam dzwonić po pomoc albo wołać. Dziś ogromną pomocą są komórki ale w latach 90 ich nie było. Zdając sobie doskonale sprawę z tego zagrożenia musieliśmy albo znaleźć zejście ewakuacyjne do zmroku albo kiblować.
Można wprawdzie próbować zejść przez Kocioł Gierlachowski - co sugeruje Marek ale uznaję, że to zbyt ryzykowne, szczególnie gdyby zastała nas tam noc, bo przecież nie mamy latarek ze względu na konieczność minimalnego obciążenia w podchodzeniu sprintem. Znowu czeka nas sprawdzanie każdej przełączki, a sił mamy już coraz mniej. Z największym wysiłkiem woli wchodzimy na grań ku jakiemuś wcięciu, schodzimy czasem trochę na stronę Doliny Wielickiej ale często wystarczy jedynie zerknąć, by przekonać się, że to droga ku zatraceniu. Wleźliśmy i na Lodową Przełączkę, z której w dół spada Żleb Karczmarza nachylony do 60
o u góry a w dole do 45
o, zwykle wypełniony na dodatek śniegiem. Już po paru krokach w dół robi się gorąco i wracamy. Chmury raz rzedną raz gęścieją a my włazimy na kolejne wcięcia ledwo żywi i wreszcie trafiamy na Przełączkę nad Kotłem leżącą na wysokości 2425 m i stanowiącą nasze upragnione zejścia ewakuacyjne. W samą porę bo słońce już dotyka horyzontu.
ZEJŚCIE EWAKUACYJNEMając zasadę, iż niosę plecak towarzysza niedoli podczas wypraw szczególnie ryzykownych i wyczerpujących, podczas których realizujemy jakieś moje postrzelone pomysły - odwodniłem się znacznie bardziej niż Marek. Jeszcze przed Wielicką Próbą dopadamy jakiejś ściekającej z czarnej skały stróżki, łapczywie pijąc okropną w smaku wodę - zapewne niewiele różniącą się od tej spływającej rynną z dachu domu. Boć to zwykła deszczówka na tej wysokości jest, a niedaleko przecie zagłębia przemysłowe Czech, Niemiec i Polski. Pijemy jednak łapczywie nie bacząc na smak tej cieczy. Trzeba wiedzieć, mieliśmy tak mało wody i tak wielki wysiłek włożyliśmy w wędrówkę bez jakichkolwiek dłuższych odpoczynków, że w ogóle nie oddawaliśmy moczu przez cały dzień - cała woda wyłaziła z nas jedynie przez parowanie. Już później sikam na ciemno pomarańczowo - to świadczy o odwodnieniu do jakiego doszło.
WIDZĘ CIEMNOŚĆ - CZUJĘ BÓL Mimo szczęśliwego zejścia z masywu, to nie jest koniec gehenny. Jesteśmy potwornie wycieńczeni, idziemy w mroku i potykamy się. Niby nic wielkiego - cóż to jest potykać się. Ale jeśli na przestrzeni tych 6 km do Smokowca uderzymy butem podczas potknięcia milion razy to uświadomimy sobie jak takie potykanie może irytować, szczególnie, że ciemnościach potykamy się niespodziewanie, ryzykując upadkiem i kolejnym bólem. To frustruje, irytuje i nie dziwota, że zaczynamy kląć w te kamienie. Apogeum potykania napotykamy w lesie. Ścieżka zasłana kamolami, kompletna ciemność, nierówności straszliwe. Marek w przypływie rozpaczy próbuje oświetlać drogę G-Shockiem, ale i tak nic nie widać. Nogi mamy tak obolałe po całym dniu bezustannego marszobiegu, jesteśmy już tak wykończeni, że i kląć nie mamy siły ani mówić. Ledwo żywi docieramy do Smokowca, cudem zdążając na ostatnią kolejkę do Nowej Leśnej. Gdybyśmy się spóźnili - przyznajemy czekając na nią - nie doszlibyśmy już do kwatery. O wielkości wysiłku jaki włożyliśmy w tą akcję najdobitniej świadczy nasz stan nazajutrz. Idąc do sklepu mamy wrażenie, że nogi nasze w kolanach mogą zginać się w obie strony w kolanach, do tyłu i do przodu Nieprzyjemne i niesamowite wrażenie! Potworne zakwasy oraz ogólne potłuczenie jasno dają nam do zrozumienia, że trzeba wracać bo minie zbyt wiele dni zanim dojdziemy do siebie. Pamiętam, że gdy z plecakiem gramoliłem się do autobusu, nie mogłem wleźć na schodki. Czułem się jak 100 letni starzec. Ot taka niespodziewana wizyta w przyszłości.
EPILOGTakie były nasze Extreminady w Tatrach Słowackich. Możemy pochwalić się, że ani razu nie zostaliśmy namierzeni i schwytani na gorącym uczynku podczas chodzenia bez zezwolenia. Były to lata wielkich emocji, przygody i szaleństwa ale zawsze w momentach krańcowych odpuszczaliśmy górze - bo najważniejsze jest nie wejście na szczyt ale zejście z niego.
UZUPEŁNIENIA
Już po opublikowaniu tego tekstu zwróciło się do nas kilka osób z zapytaniem dlaczego piszemy Gierlach zamiast Gerlach. Być może ciekawi to również innych więc krótko to objaśnię.
Szczegółowo opisał problematykę nazewnictwa Gierlachowskiego Szczytu Witold H. Paryski, w Przewodniku Taternickim, który wymieniłem w literaturze do tego tekstu. Oto wybrane cytaty z dzieła powyższego autora:
"Forma Gerlach różni się od formy Gierlach jedynie tak jak, jak np. Gewont od Giewontu. Według obowiązujących zasad pisowni polskiej powinno być Gierlach i Giewont."
"Jedyną więc poprawną polską formą nazwy szczytu jest Gierlach lub - niewątpliwie logiczniej - Gierlachowski Szczyt, utarła się jednak w nowszych czasach jedynie forma Gierlach. Forma Gerlach jest ortograficznie niepoprawna..."
Więcej informacji na temat nazwy i jej pochodzenia, odnajdziemy w XII tomie Przewodnika Taternickiego powyższego autora, na stronach 72 - 74. Również inni autorzy przewodników tatrzańskich stosują nazwę Gierlach, co wobec powyższego jest zresztą oczywiste.
* * *
(1) WHP - Oznaczenie drogi taternickiej według Witolda H Paryskiego, patrz - Literatura
(2) Opis trudności dróg taternickich według WHP przedstawia się następująco:
Drogi bez trudności - są to takie na których nie trzeba w ogóle używać rąk.
Drogi bardzo łatwe - rąk używa się jedynie dla utrzymania równowagi ciała i to tylko w niektórych miejscach.
Drogi łatwe - używanie rąk staje się konieczne do wspinania.
Drogi nieco trudne - od tych dróg zaczyna się właściwa wspinaczka; częściowo są to jeszcze drogi dostępne dla wprawniejszych turystów bez użycia liny, ale niektóre z tych dróg wymagają ubezpieczenia się liną i w ogóle dokładniejszej znajomości zasad taternictwa.
Kolejne stopnie trudności pomijam, gdyż dla nas nie mają już większego znaczenia. "Wchodzenie" na nie jest już przekraczaniem cienkiej niewidocznej linii, odgradzającej świat żywych od umarłych.
LITERATURA:
W przeprowadzeniu powyższej Extreminady pomogły nam następujące publikacje:
- J. Nyka., 1994 - Tatry, Przewodnik turystyczny. Tatry Polskie i Słowackie, Wydawnictwo Trawers, wyd. II, Warszawa
- Witold H. Paryski., 1993 - Tatry Wysokie. Przewodnik Taternicki (część I i XII), Sklep Podróżnika, reprint, Warszawa
- Vojensky Kartlograficky Ustaw, ś.p., Harmanec, 1996 - Vysokie Tatry - Stary Smokovec. Letna turisticka mapa, 1:25 000, vydane 1
Tekst: Tomasz PiotrowskiZdjęcia: Marek i Tomasz Piotrowscy