Zimą na rowerze
poradnik tylko dla zuchwałych
 
 
 
Zacznę od najważniejszego - zimy nie można lekceważyć. Do jazdy bicyklem w „porze lodowatej”, trzeba się porządnie przygotować. Podróżowanie na tym wehikule w tak skrajnie trudnych warunkach jest ogromnie wyczerpujące i wymaga perfekcyjnych umiejętności jazdy. Nie ma też co liczyć, że jazda będzie przyjemnością. Często wręcz przeciwnie - okaże się katorgą, wymagającą ogromnego wysiłku i nieustannej walki z zimnem i słabością. Ale na pewno niezwykle satysfakcjonującą po powrocie do domu.
Poniższe uwagi odnoszą się do wyjazdów całodniowych (od rana do nocy), oraz wielodniowych, zakładając że śpimy w obiekcie ogrzewanym. Wielodniowe wyprawy rowerowe i spanie pod namiotami zimą wydaje się zajęciem zbyt szalonym aby je uprawiać.

Opór jaki stawia śnieg kołom roweru, jest nierzadko większy niż przy jeździe w kopnym piachu. Dodatkowo więcej ciuchów na grzbiecie krępuje nieco ruchy, powodując większe opory. Wierzę, że po sezonie letnio-jesiennym kondycję mamy w szczytowej formie, więc nie przedłużając wstępu – kręcę dalej.
 
 
 
Odzież do zimowej jazdy rowerem
Zimą - co oczywiste - sprawą podstawową jest odpowiedni strój. Taki co chroni człeka nie tylko przed zimnem ale też przed spoceniem się w wyniku nadmiernego rozgrzania, podczas ekstremalnego wysiłku. Najbardziej marzniemy w palce u rąk i nóg, nos i uszy. Gdy zabezpieczymy owe członki - wydawało by się, nieprzyjemna jazda rowerem w warunkach zimowych - stanie się zupełnie znośną, a czasami nawet całkiem przyjemną działalnością na łonie sportu i rekreacji.
Wszystkim pragnącym jeździć rowerem przez cały sezon zimowy, polecam zaopatrzenie się w kompletny ubiór "oddychający". Możliwie najlepszy na jaki nas stać. Jest tu jednak pewny kłopot z ciuchami specjalistycznymi do zimowej jazdy rowerem, wynikający z tego, że projektujący takowe odzienie goście z krajów bardziej na zachód Europy leżących mają na myśli "swoją" zimę, a nie "naszą" - polską. A i w Polsce zima zimie nie równa - w części zachodniej i północnej będzie łagodniejsza, zaś na wschodzie i w górach mrozy bardziej srogie (mam tu na myśli oczywiście ogólnie klimat, a nie pogodę w danym dniu). Dochodzi też odmienne odczucie zimna u różnych osób, co wespół zespół komplikuje na pewno nam wybór.
Mam nadzieję jednak, że kilka poniższych uwag, na bazie mych doświadczeń, pozwoli Ci uniknąć większych pomyłek podczas zakupów, a zimowy rajd uczyni satysfakcjonującym.
Pamiętajmy, że odzież termoaktywna sama w sobie nie na wiele się przyda gdy pod nią założymy bawełnianą podkoszulkę, która wchłonie pot i go zatrzyma. Bielizna musi również odprowadzać pot od ciała.

Rękawice
Najlepiej jeśli zaopatrzymy się w dwie pary rękawic - cieńsze i grubsze - czyli ciepłe i cieplejsze. Te cieńsze, mniej "ciepłe" - stosujemy w pierwszej części dnia jazdy, przy ekstremalnym wysiłku lub przy stosunkowo wysokich temperaturach powietrza albo mocnym słońcu - kiedy bardziej grozi nam przegrzanie niż zmarznięcie. Przegrzania należy unikać bardziej niż zmarznięcia - bo do zimna organizm przyzwyczai się w końcu, a nadmierne rozgrzanie oznacza spocenie i w konsekwencji przemarznięcie, a wówczas łatwo o przeziębienie.
Z moich doświadczeń wynika, że tymi cieńszymi rękawicami mogą być typowe "zimowe" rowerowe. Te cieplejsze jednak winny być rękawicami narciarskimi, bo rowerowe są za chłodne - zwłaszcza gdy projektowane są w takich krajach jak Holandia, to przy naszej zimie, są to właściwie rękawice jesienne albo wiosenne. Rękawice cieplejsze najlepiej założyć podczas powrotu, gdy wycieńczony organizm odczuwa bardziej zimno. Oraz na dłuższych postojach, podczas których następuje szybka utrata ciepła, bo i krążenie nam spada i spocona skóra parując wychładza się błyskawicznie. W skrajnych warunkach - bez odpowiednich rękawic - można nawet stracić czucie w palcach, a wówczas blisko do odmrożenia.

Buty
Drugi z trzech najważniejszych elementów stroju zimowego. Według mnie - typowo rowerowe buty, chociażby nawet były "zimowe", nie nadają się aby zmierzyć się z prawdziwą - polską zimą, zwłaszcza z głębokim śniegiem. W skrajnych warunkach doskonale sprawdzają się wysokie, sznurowane buciory wojskowe albo ochroniarskie z ociepleniem. Takie, które nie pozwalają aby śnieg dostawał się nam za cholewkę. Obciśnięte odpowiednimi spodniami ze ściągaczem albo opinaczami - zapewnią nam komfort nawet przez cały dzień szaleństwa. Ich agresywny protektor ograniczy ślizganie się nóg na pedałach oraz co równie ważne - przyda się gdy będziemy ratować przed wywrotką, podparciem nogą. Również doskonale spiszą się podczas pchania naszego bicykla przez bardziej zasypane partie trasy. Tu uwaga - jadąc poluzujmy nieco sznurowadła w górnej części wysokiego buta, bo zbyt mocno dociśnięte cholewki utrudniają pedałowanie, gdyż nazbyt usztywniają staw w kostce. Jeśli zaś chcemy podchodzić pod wzniesienie - zwiążmy cholewki mocniej.
Mocowanie butów przez SPD lub noski raczej odpada zimą. Gdy jest ślisko ważne są błyskawiczne reakcje, a ową błyskawiczność opóźnia wyczepianie się przed upadkiem. Do tego noski ściskają palce stóp, powodując gorsze krążenie krwi - czyli w efekcie marznięcie.

Jeśli zamierzacie szaleć na zamarzniętych kanałach i rowach melioracyjnych (pyszna zabawa, szczególnie wchodzenie poślizgiem w zakręt) - to przydałyby się zapasowe skarpetki oraz nawet buty, na wypadek załamania się lodu i umoczenia  kończyn w lodowatej wodzie. Wiele razy lód załamał się pode mną i wpadłem. Woda błyskawicznie zamarza wówczas na kość, łącznie z kończyną. Tworzą się tzw. "nóżki w  galarecie", jak to kiedyś nazwałem, obserwując proces zamarzania odzieży. Gdy zamoczeniu ulegnie jedynie zewnętrzna powierzchnia buta - to  nic wielkiego się nie stało. Powiem więcej - przy ujemnej temperaturze powietrza but zamarznie i wewnątrz będzie nam nawet cieplej (sic!). Utworzy się coś na kształt buta skorupy. Z opowiadań starszych, doświadczonych osób wiem, że stosowano takie moczenie przed wyjściem na  silny mróz. Podobno jest wówczas o wiele cieplej niż gdy trzewik jest zupełnie suchy z zewnątrz. Zresztą sam się o tym przekonałem.Inna sprawa gdy naleje się wody do wnętrza buta. Wtedy należy zawsze podjąć decyzję o natychmiastowej ewakuacji - jeśli oczywiście nie posiadamy zapasu. Zimno staje się szybko nie do wytrzymania. Realne staje się odmrożenie palców. Wówczas lepiej biec już niż jechać - gdyż generalnie zimniej jest w stopy podczas jazdy niż gdy idziemy.
Właśnie podczas takich przygód docenimy wysokie buty wojskowe, w których można spokojnie wpaść do płytkiej wody czy błota, bez obaw o przelanie się tego lodowatego szlamu za cholewkę.

Czapka i kominiarka
Trzecim z najważniejszych elementów naszego odzienia jest czapka osłaniająca uszy lub - w warunkach skrajnych - kominiarka. Szczególnie marzniemy w nos i uszy. Niestety  w warunkach zimowych ciągle jest albo za zimno albo za ciepło (duży wysiłek = duża produkcja ciepła). Nie możemy dopuścić do pocenia się nadmiernego, bo po przechłodzeniu spoconego ciała błyskawicznie wychładzamy się na postoju. Wówczas łatwo o odmrożenia, nie wspominając o „rozkoszach” odczucia lodowatego potu, gdy wokół zieje lodowa biel zimna.
Podobnie jak w przypadku rękawic - tu również warto mieć czapkę + kominiarkę. Czapkę używamy w pierwszej części dnia oraz w pogodę "cieplejszą", zaś kominiarka idealnie spisze się w drodze powrotnej, zwłaszcza w nocy kiedy po całym dniu ekstremalnego wysiłku organizm ma już problemy z dogrzaniem siebie samego. (Uwaga - nie jedziemy w samej kominiarce ale z założoną dodatkowo czapką). Kominiarka musi być nowoczesna, z najlepszego materiału, oddychająca i cieniutka. Twarz jest odporna na zimno, więc zbyt ciepła kominiarka spowoduje spocenie. Najlepsza jaką testowałem była produkowana przez firmę CRAFT. Co ważne - była ona uszyta z materiałów nie szkodliwych dla człowieka. O tym też należy pamiętać, bo skóra człowieka to nie folia - przechodzą przez nią do organizmu wszelakie chemikalia z odzieży. Dlatego nie oszczędzajmy na ubiorze - kumulacja toksyn z odzieży, pożywienia i powietrza prędzej czy później spowoduje w naszym organizmie rozwój jakiegoś nowotwora.

Kurtka
Przy dłuższych eskapadach, podczas zawiei śnieżnej konieczna okazuje się dłuższa kurtka osłaniająca nerki i tyłek. Jeśli nie mamy kominiarki to przyda się kaptur, ale kominiarka jest lepsza bo nie nadyma się od wiatru. Jeśli jednak warunki nie są aż tak uciążliwe to wystarczy zwykła kolarska wiatrówka o numer czy dwa większa, a pod nią polar, albo jakaś oddychająca bluzina. Zbyt ciepłe kurtki, a raczej zbyt szczelne i zbyt wodoodporne na rower się nie nadają, bo błyskawicznie się w nich człek przegrzewa i w końcu i tak spoci, mimo ich oddychalności.

Spodnie
Nogi nie są aż tak narażone na przegrzanie jak tułów więc nie wymagają szczególnie wyrafinowanego zabezpieczenia, chociaż nie oznacza to, że możemy bezkarnie okleić je jakimś zwykłym ortalionem, do foli inspektowej w swych właściwościach podobnym. Jako, że nogi są bliżej śniegu i błota - spodnie winny być wodoodporne no i oddychające oczywiście również. Aby ochronić pęcherz przed przemarznięciem warto pod spodnie założyć dodatkowo krótkie, obcisłe spodenki kolarskie z "pampersem". Taki zestaw jest wystarczający nawet w najzimniejsze dni i noce - oczywiście jeśli będziemy się ruszać, a nie stać w miejscu.
Pożytecznym drobiazgiem są w spodniach naszych rozpinane wywietrzniki na bokach. W dni cieplejsze można się nieco rozszczelnić i ochłodzić, gdy słońce zbyt przygrzeje, a my zbyt mocno po szarżujemy w kopnym śniegu. Drugim ważkim elementem są ściągacze na dole, którymi obciśniemy buty i wówczas nie potrzebujemy opinaczy, które - jeśli mają być oddychające - są dość drogim elementem ekwipunku. Z odpowiednimi spodniami nie są nam w ogóle potrzebne.
Najlepiej spisują się specjalistyczne spodnie rowerowe (ale pisze tu o luźnych, nieprzemakalnych a nie obcisłych), bo ich krój jest odpowiedni do zginania nogi w kolanie. Założenie pod nasze nieprzemakalne spodnie kolejnej warstwy nie jest najlepszym rozwiązaniem z dwóch powodów. Po pierwsze - te dwie warstwy trąc o siebie będą dawały spory opór podczas pedałowania. Po drugie - będzie nam za ciepło.
Obcisłe spodnie kolarskie - mówię tu oczywiście o tych przeznaczonych na zimę - nie przekonały mnie, gdyż były zbyt chłodne. Zdaje się, że nie projektuje się ich na prawdziwą zimę, ale na jakąś jej wersję śródziemnomorską.
Dla jasności należy dodać, ze przy bardzo niskich temperaturach - tak poniżej -10 stopni, jednak trzeba mieć spornie podwójne na całej długości. Duże wychłodzenie mięśni ud powoduje taki spadek efektywności ich działania, że z wielkim wysiłkiem udaje się pedałować.

Okulary przeciwsłoneczne
Z akcesoriów ważne są między innymi okulary przeciwsłoneczne, a najlepiej gogle. W sytuacji gdy świeci ostre słońce, a śniegu jest pełno - realne jest niebezpieczeństwo ślepoty śnieżnej. Zimą zresztą patrzymy głównie w dół, na drogę, a więc oślepienie jest większe niż podczas marszu. Niestety dość poważnym problemem jest naparowywanie szkieł, podczas dużego wysiłku.
Padający śnieg bardzo przeszkadza gdy jedziemy pod wiatr, siekąc nieosłonięte oczy i utrudniając, a w skrajnych warunkach uniemożliwiając  patrzenie w dal.

Kask
Warto założyć zimą na głowę kask, gdy jedziemy po lodzie, aby przy wyrżnięciu głową w twardą nawierzchnię nie zobaczyć flagi Łuni Jewropejskiej. Jednak z kaskiem jest pewien problem, bo pod taki typowy letni nie wejdzie nam grubsza czapka. A taka cienka czapka pod kask jest za chłodna w warunkach srogich mrozów. Wyjściem jest kask snowboardowy. Jednak gdy nie jeździmy specjalnie wyczynowo, nie szalejemy, albo gdy jest dużo śniegu - to kask jest zbędnym balastem, bo śnieg jest wystarczającym amortyzatorem. (Nie dotyczy to oczywiście dróg publicznych, szczególnie zalodzonych).

Prowiant
Podróżowanie rowerem zimą to zajęcie ekstremalnie wyczerpujące fizycznie. Jazda nie zawsze oczywiście jest jazdą - często jest  przedzieraniem się na piechotę z rowerem na plecach, po kolana w śniegu. Podczas tak wielkiego wysiłku fizycznego szybko dopada jeźdźca głód, a za głodem jego brat - osłabienie. Osłabienie zaś w zimie w terenie odludnym, po za zasięgiem sieci GSM może być niebezpieczne, zwłaszcza jeśli przydarzyłoby się nam coś tak fatalnego jak złamanie nogi. Zresztą nie musimy nic łamać - wystarczy, że zabłądzimy na odludziu w śnieżycy a zapadnie szybki zimowy zmrok.

Znane jest rowerzystom zjawisko braku odczuwania głodu na początku jazdy. Ale to tylko złudzenie. Już po godzinie trzeba coś zjeść - choćby  pączka, czy chałwę. Gdy zaniedbamy ten pierwszy posiłek i dopuścimy do późniejszego osłabienia - nie odbudujemy już formy nawet wielkim  żarciem. Zjawisko to jeszcze silniej występuje zimą! Porą zimową organizm oczywiście potrzebuje znacznie więcej kalorii niż latem, gdyż z pożywienia czerpie energię dodatkowo na ogrzewanie. Jeśli zamierzamy wyskoczyć tylko na godzinkę, a przyjechaliśmy samochodem, to  wystarczy czekolada i butelka picia. Całkiem inna sprawa to wyjazdy całodniowe z nocnym powrotem w terenie nie znanym i odludnym.

I tu uwaga! Zimą człowiek traci bardzo dużo wody dysząc parą wodną i pragnienie czasem męczy nie mniej niż podczas lipcowego skwaru. O dostatecznej ilości płynów nie można więc zapominać. Niedobór wody w organizmie sprawia, że krew staje się gęstsza, przez co krąży wolniej, co powoduje niedogrzanie organizmu i uczucie zimna. Nie powinno się również ograniczać wydalania wody. Powstrzymywanie się przed tym również sprawi, że będziemy odczuwać chłód. I mała uwaga - podczas mrozu picie w zwykłym  bidonie zamarza! Bidon w formie termosu nie spełnia swej roli gdy będzie przewożony na ramie. Lepiej trzymać go w plecaku i zawinąć w  zapasowe ciuchy. Nie pijmy jednak łapczywie wrzątku, poczekajmy aż płyn nieco ostygnie w kubku, bo na wychłodzonych zębiskach może nam popękać szkliwo.

Gdy wyprawa będzie całodniowa - konieczny jest termos z gorącą herbatą, a byłoby już wyjątkowo komfortowo jeśli zjedlibyśmy coś ciepłego. Po zjedzeniu ciepłego posiłku momentalnie odczuwamy przypływ energii, ciepła oraz polepsza się nam nastrój.
Polecam termosy, a w nich gotowe jedzenie zamiast palenia ogniska. Dlaczego?
Zimą często drewno jest wilgotne i pali się z oporami. Śnieg, szczególnie gdy go dużo - dodatkowo dostarcza ognisku wody gdy topnieje. Bez  flaszki z benzyną często się nie obejdzie. Dodatkowo rozpalanie, oczyszczanie miejsca ze śniegu i pichcenie strawy zajmuje stanowczo za dużo  czasu. A im dłużej stoimy w miejscu tym będzie nam zimniej. I na nic zda nam się później ta strawa, gdy przemarzniemy na kość. Zimą bezruch powinno się ograniczyć do minimum. Dotyczy to oczywiście wyłącznie rowerzystów. Intensywny wysiłek podczas jazdy i zupełne unieruchomienie podczas odpoczynku na rowerze stanowi szczególny problem. Gdy idziemy - nie męczymy się tak bardzo, stąd i podczas postoju nie odczujemy aż tak wielkiego kontrastu termicznego. Tak więc Ci z Was, którzy zimą nigdy nie jeździli a tylko chodzili - niechaj pamiętają, że marsz a jazda zimą to dwie zupełnie inne sprawy.

Najlepszym rozwiązaniem na zapewnienie sobie ciepłej strawy (na przykład po powrocie do zaparkowanego auta) - jest jeden termos z szerokim otworem na jedzenie (np bigosik, spaghetti, pieczone kiełbaski, łazanki z kapustą, i co tam kto lubi) oraz zwykły termos na herbatę (1litr). Do tego oczywiście parę kanapek, parę czekolad i jeszcze z butelka jakiegoś płynu. W zimie nadmiar jedzenia nigdy nie będzie dla nas ciężarem. Jego niedobór zaś jest niebezpieczny! Człek głodny zimą słabnie szczególnie. Co do alkoholu to stanowczo odradzam miłośnikom tego płynu pokrzepianie się nim podczas ambitnych zimowych eskapad. Alkohol nie rozgrzewa! Jego pozorne rozgrzewające działanie na wnętrze organizmu szybko mija. Dzięki rozszerzonym naczyniom krwionośnym po prostu głupio tracimy ciepło. Jeśli idziemy to pół biedy - ale na wyprawie rowerowej, nasze odzienie jest minimalistyczne i z oczywistych względów nie możemy w plecaku wieść dodatkowych ciuchów.
Nie wspominając już o niebezpieczeństwie przedawkowania i widmie odmrożeń, które zgubiły już nie jednego. Palce zaś czasem się przydają.

Kolejna ważna sprawa - wycieńczony wysiłkiem i przemarznięciem organizm człeczy kiepsko radzi sobie z trawieniem ciężkostrawnych posiłków. Najlepsze są więc strawy sycące ale lekkostrawne.

Rower
Bez dobrych (nie zawsze drogich ale zawsze dobrze zaprojektowanych i miękkich) opon terenowych odradzam jakiekolwiek próby wyjazdu.  
Miękka guma opon idealnie sprawdza się zimą, bo nie twardnieje na mrozie i dobrze trzyma się lodu oraz śniegu. Znacznie lepiej się też oczyszcza bo pracuje. Drobniutki bieżnik letni czy slicki - w ogóle nie nadają się do jazdy zimą. Idealnym rozwiązaniem dla osób, które nie przepadają za wywrotkami są opony z nitami. Jednak gdy chcemy się pobawić jazdą poślizgami - będą nam utrudniały zadanie. Na czystym asfalcie zaś będziemy je ścierać. Opony takie też są nieco cięższe i co też nie jest bez znaczenia w czasach kryzysu - droższe.

Sprzęt musi być absolutnie sprawny i sprawdzony przed wypadem. Wszelkie naprawy, nawet te drobne w warunkach zimowych stają się niezwykle niewdzięczne. Siedząc w ciepłym domu zwykle nie potrafimy sobie nawet wyobrazić jak to jest gdy podczas naprawiania bike`a w terenie, po kilku chwilach odsłonięte palce zeszkli mróz, w kontakcie z zimnym metalem. Podczas tych operacji zamarznie lub przechłodzi się do tego wilgoć we wnętrzu rękawic. Minie więc długi czas nim się ponownie rozgrzejemy. Lepiej oszczędzić sobie tych katuszy, skrupulatnie przeglądając rower przed wyjazdem.

W zimie występuje problem zamarzania części ruchomych w rowerze.
Szczególnie lubią zamarzać klocki hamulcowe i obręcze, linki przerzutek i hamulców oraz same przerzutki. Części ruchome muszą być więc odpowiednio naoliwione i utrzymane w "ruchomości". Ale przy zamarzającej mżawce i to nie pomoże. Kiedyś jadąc w takich warunkach pokryłem się cały cienką warstwą lodu, razem z rowerem. Wkrótce zaniechałem bezowocnego rozmrażania linek i jechałem na jednym biegu. Nie dało się ruszyć przerzutek z miejsca nawet kopniakiem - bo zamarzły linki w pancerzach i na spodzie ramy - powstały takie wielkie lodowe stalaktyty i gule. Czasem na klockach hamulcowych narasta stopniowo co raz grubsza warstewka lodu, przez co  hamowanie staje się co raz mniej efektywne, aż w końcu tracimy w ogóle możliwość hamowania. Ratunkiem jest niestety regularne zeskrobywanie lodu paznokciami lub śrubokrętem. Polewanie hamulców gorącą herbatą (co sprawdziłem) pomaga tylko chwilowo, dopóki herbata nie zamarznie, tworząc kolejną warstewkę lodu.
Posiadacze hamulców tarczowych (nie ma znaczenia czy mechaniczne czy hydrauliczne) są pozbawieni takich problemów. Hamulce te doskonale radzą sobie z zamarzaniem i obecnie są niezastąpione w zimowym kolarstwie. Ciśnienie w oponach koniecznie musi być niższe niż latem! Szczególnie podczas jazdy po lodzie i głębokim śniegu. Dobrym układem jest zastosowanie niższego ciśnienia w kole przednim, a większego w tylnym. Uślizgi tylnego bowiem da się łatwo kontrolować, a zyskuje się nieco mniejsze opory toczenia. Mocowanie butów przez SPD lub noski raczej odpada zimą. Zimą bowiem ważne są błyskawiczne reakcje, a ową błyskawiczność opóźnia wyczepianie się przed upadkiem. Do tego noski ściskają palce u stóp, powodując gorsze krążenie krwi - czyli w efekcie marznięcie.

Wracając nocą nie zapomnijmy o sprawnym oświetleniu gdy przyjdzie nam jechać drogami publicznymi. Szczególnie podczas opadów gęstego mokrego śniegu kierowcy mogą nas nie zauważyć w porę, a drogę hamowania wyznaczają jedynie przeszkody, które pojazd będą w stanie zatrzymać.Jazda drogami publicznymi w najgorszych warunkach drogowych jest paradoksalnie bezpieczniejsza niż przy suchych i czystych nawierzchniach. Kierowcy bowiem jeżdżą wolniej (nie wszyscy niestety). Nawet podczas kolizji odnosi się więc mniejsze obrażenia, a i łatwiej uniknąć zderzenia bo mamy czas na reakcję. Ucieczka do rowu też jest bezbolesna, bo śnieg amortyzuje.

Kolejna i to bardzo ważna sprawa dotycząca trakcji to amortyzacja naszego roweru. Nie wyobrażamy już sobie roweru "górskiego" bez amortyzacji choćby przedniego koła. Obecnie nawet rowery trekingowe wyposażone są w przednie amory. Poza zwiększeniem komfortu jazdy, amortyzacja  ma kapitalne znaczenie dla każdego pojazdu, gdyż likwiduje podskakiwanie kół na nierównościach. Koło bez kontaktu z podłożem jest niekierowalne. Jazda staje się niewdzięczna, na zakrętach łatwo zaliczyć glebę. Zalety amortyzacji odczujemy jeszcze wyraźniej właśnie zimą - gdy jest ślisko. Ideałem byłby rower FS, ale w turystyce i jeździe spokojniejszej wystarczy sam przedni amortyzator. Największe korzyści z amortyzacji w jeździe w stylu XC - obserwowałem na lodowych muldach, które tworzą się często na drogach o mniejszym ruchu, rzadko odśnieżanych, nie sypanych solą.

Technika jazdy
Bez opanowania jazdy poślizgami, bez umiejętności kontrowania mniejszych lub większych uślizgów kół (obu!) - zdarzać się będą może częściej niż powinny upadki. Ale każdy kolejny upadek uczy jazdy szybciej niż 1000 słów, a dopiero 1000 upadków pozwoli nam powiedzieć, że umiemy jeździć zimą na rowerze. Umiejętność bezpiecznego upadku oznacza brak złamań. Dlatego właśnie za młodu, trzeba się nauczyć umiejętnego upadania, a by później starości z byle powodu nie łamać kości. Wykształcenie tych cech u dzieci sprawi, że będą miały niezwykły spryt w wieku dojrzałym.

Tak więc nie należy się za szybko zrażać i po wywrotce szczerze się uśmiać. Ja gdy zaczynałem przygodę z zimową jazdą specjalnie wylatywałem z siodła wjeżdżając w głębokie zaspy, na stoku góry (oczywiście po uprzednim przebadaniu tego co jest pod śniegiem). Daje to wiele radości, uczy sztuki upadku i pozwala nabrać tak potrzebnego luzu podczas zimowej jazdy. A dodatkowo - dzięki upadkom przełamiemy barierę psychiczną strachu, która paraliżuje i prowadzi do paniki w sytuacjach niebezpiecznych.

Najtrudniej zapanować nad sprzętem podczas gołoledzi, a szczególnie na czystym lodzie jeziorowym. Czysty, gładki lód nie nadaje się do jazdy gdy nie mamy opon z nitami. Ale już przy odrobinie chropowatości jego powierzchni można nieźle pohulać na zwykłych terenowych oponach. Zanim jednak wjedziemy na jezioro czy staw trzeba upewnić się, że lód jest stabilny i ma grubość minimum 15 cm. Najbezpieczniejszy jest pierwszy lód ponieważ jego grubość jest wszędzie jednakowa. Ostatni lód jest bardzo zdradliwy i właśnie na nim zdarza się najwięcej wypadków. Pod koniec zimy w ogóle nie wjeżdżam na lód - ryzyko jest zbyt wielkie. Szanse na ratunek zaś zerowe.

Jak opanować jazdę poślizgami?
Z grubsza rzecz ujmując wygląda to tak:
- Gdy tylne koło zaczyna przesuwać się na prawo, skręcamy kierownicą również w prawo i to tym bardziej im uślizg koła tylnego jest większy.  
Dodatkowo wstajemy, na siedząco balansowanie ciałem nie jest możliwe. Dzięki temu opanowujemy ów poślizg i wracamy do prostolinijnego kierunku jazdy. Jeśli chcemy bawić się poślizgami, zataczać kółka, musimy nieco mniej kontrować, ale zawsze precyzyjnie kontrolować uślizgi.  

Odpowiednio kontrując zapędy tylnego koła na zakręcie możemy wchodzić i wychodzić z zakrętu poślizgami co daje wiele frajdy. Oczywiście to teoria. Opanowanie tego nie jest możliwe bez praktyki. Przy uślizgu przedniego koła sprawa jest poważniejsza. Trudniej taką sytuację opanować - wymagana jest kontrola pojazdu z zimną krwią i bardzo subtelne balansowanie ciałem i operowanie hamulcami. Ja zwykle próbuję odciążyć przednie koło przesuwając ciało do tyłu. Za nic nie wolno wówczas hamować przednim hamulcem jeśli nie potrafimy tego robić!!! To doprowadzi zawsze do upadku. Można agresywniej przyhamować tylnym. Zawsze jednak z niezwykłym wyczuciem i opanowaniem. O ile tylnym można sobie śmiało przyciskać i bawić się poślizgami łatwego do opanowania koła tylnego - to do przedniego hamulca należy mieć respekt i z wielkim wyczuciem go używać. Przy najlżejszym uślizgu przedniego koła - puszczamy lub zmniejszamy lekko jego nacisk! Z czasem nauczymy się reagować na zasadzie odruchu warunkowego, poza świadomością. Taki odruch to na przykład błyskawiczne podparcie się nogą, gdy zaczynamy się wywracać. Na lodzie wywrotka trwa w mgnieniu oka, a reakcja musi być jeszcze szybsza. Po wielu upadkach będziemy takie reakcje mieli. Podpierając się nogą tworzymy z rowerem układ o trzech podporach. Dwa koła + noga. To daje stabilność. Przy dużej prędkości jadąc lodem, gdy zaczynamy się  przewracać i podeprzemy się nogą, będziemy na owych trzech punktach podparcia sunąc w dal przez jakiś czas. Trzeba zachować zimną krew i poczekać aż zatrzymamy się. To jest proste.

Zasady odnośnie kontrowania poślizgów są identyczne jakie obowiązują podczas jazdy samochodem, tyle że mamy dwa koła i przez to jest  trudniej. Dodatkową trudność wprowadza to, że rowerzysta jest silnikiem, zaś pedałowanie zarzuca rowerem, gdyż jest cykliczne, a nie płynne jak w pojazdach silnikowych. Tak więc jazda rowerem po śliskim jest dużo trudniejsza niż motorem crossowym albo samochodem.
Ogólnie trzeba powiedzieć, że nie należy się bać i nie dopuszczać myśli o potencjalnym upadku i bólu - to paraliżuje i wprowadza nerwowe zachowania, które są najgorszym rozwiązaniem zimą. Tylko płynna, opanowana jazda mimo dużego ryzyka, prędkości i emocji - pozwoli nam na bezpieczne szaleństwo. Im więcej nabierzemy wprawy tym można będzie bardziej zbliżać się do cienkiej linii - dzielącej jazdę na rowerze od jazdy obok roweru. Podkreślę jeszcze raz ważną rzecz, która wydaje się oczywista - podczas jazdy poślizgami nie siedzimy oczywiście w siodle tylko stoimy, bo tylko wówczas możemy balansować ciałem i błyskawicznie reagować na uślizgi kół. Gdy jednak przy większej prędkości stracimy panowanie i opuścimy rower - zwykle będziemy sunąć po śniegu czy lodzie przez jakiś czas. Nie marnujmy tego czasu na oglądanie okolicy, ale tak próbujmy ustawić ciało by w ewentualną przeszkodę trafić nogami. Dzięki temu zamortyzujemy zderzenie i nic się nam nie stanie. Dzięki lodowo śnieżnej nawierzchni dróg bitych upadki mają o wiele milsze konsekwencje niż latem. Latem pozdzieramy się na suchym asfalcie, zwykle lekko ubrani, zaś zimą mimo długiego sunięcia - najczęściej nic się nie dzieje ani z ciałem ani z ubiorem. Nie muszę wspominać, że wszelkie eksperymenty wykonywać winniśmy na drogach o szczątkowym ruchu samochodów. Najbezpieczniej jest jednak w terenie gdzie po wywrotce lądujemy w śnieżnym puchu zaspy.

Pogoda
Jeździłem podczas mrozu kilkunastostopniowego, podczas zamieci śnieżnej w dzień i nocą, podczas zamarzającej mżawki powodującej totalną gołoledź, podczas roztopów umazany w lessowym błotku. Ale najprzyjemniej jest podróżować rowerem gdy temperatura powietrza oscyluje między -1stC a -5st.C, gdy nie ma wiatru i świeci ostre słońce.  

Zwykle warunki takie istnieją podczas pogody wyżowej, ale gdy powietrze nie napływa z północy.
Szczególnie dokuczliwy jest wiatr. Potęguje uczucie zimna i powoduje, że jadąc pod wiatr jesteśmy z jednej strony spoceni (plecy), a od frontu chłostani lodowatymi podmuchami. Jest to jedna z najbardziej nieprzyjemnych sytuacji pogodowych dla rowerzysty. Drugim przeciwnikiem jest siarczysty mróz. Nocą, przy bezchmurnym niebie następuje szybka ucieczka dostarczonej za dnia energii słonecznej. Temperatura szybko spada i zwłaszcza przy silnym wyżu nie powinno się przeciągać decyzji o odwrocie. Jeśli wybierzemy się zbyt daleko i w zbyt kiepskich butach - podczas powrotu po zmroku szczególnie palce u stóp odczują działanie mrozu. Jeśli zaczniemy odczuwać ból - należy przejść się kilkadziesiąt metrów co polepszy krążenie i będzie nam od razu cieplej. Tym sposobem (na przemiennej jazdy i krótkiego marszu) można skutecznie przeciwstawić się nawet bardzo niskim temperaturom. Pamiętajmy, że podczas bardzo niskich temperatur potrzebować będziemy dużo, kalorycznego pożywienia i dodatkowych ciuchów.

Nocą gdy księżyc jest w pełni, a teren szczelnie pokryty śniegiem - pejzaż wprost zadziwia swą jasnością. Krajobraz widać doskonale i czasem miałem wrażenie, że to nie noc jest, a jakiś bardzo pochmurny dzień... Kto czegoś takiego nie widział - polecam - wrażenie niesamowite. Oczywiście zaznać tego można z dala od zanieczyszczonej światłami cywilizacji.

Bezpieczeństwo
Podczas gołoledzi niewprawieni niech uważają na drogach, po których jeżdżą samochody! Rowerzysta to na naszych zdziczałych drogach zawada. Daleko nam jeszcze do kultury, jaka panuje w wielu krajach zachodniej Europy. U nas wyprzedzanie rowerzysty z odstępem centymetrowym (na trzeciego) to norma - w krajach cywilizowanych - rzecz nie do pomyślenia i surowo karana przez Policję. Bo nie trudno sobie wyobrazić czym skończy się uderzenie w zupełnie nieosłoniętego człowieka na rowerze, gdyby na przykład wiatr zepchnął go nieco do środka jezdni.

Wyruszając na samotną eskapadę trzeba powiadomić kogoś o planowanej trasie i godzinie powrotu. To nie żart - wyobraźcie sobie, że gdzieś w leśnej głuszy zawalonej śniegiem łamiecie nogę... Zimą żywi długo nie poleżycie...

Przy niskich temperaturach wszelkie ogniwa tracą swą wydajność w sposób skandalicznie szybki, toteż trzeba zaopatrzyć latarkę, aparat foto, komórkę, oświetlenie w rowerze i co też tam macie zasilanego prądem - w nowe ogniwa.
Bez zapałek i podpałki nigdy się nie ruszam, a zimą to już jest obowiązek - kto wie co się zdarzy, a przy ogniu można i całą noc przekiblować. Ogień też widać z daleka i może służyć jako sygnalizator dla służb ratunkowych.   

Wynalazek białej super jasnej diody jest fenomenalnym rozwiązaniem dla rowerzystów i wszelkiej maści włóczęgów, podróżujących po zmroku. Mamy na rynku ogromny wybór lamp rowerowych wyposażonych w diody. Czas świecenie ich jest nieporównywalnie dłuższy od tradycyjnych lamp wyposażonych w żarówki, którym dorównują jasnością. Grzechem jest nie wyposażenie roweru w oświetlenie, jeśli poruszamy się po zmroku drogami publicznymi - a jakże często widzimy takich niewidocznych bikerów, którzy można by rzec grają w rosyjską ruletkę.

Zimą dystans zawsze będzie krótszy niż latem, wysiłek włożony w jego przebycie większy podobnie jak apetyt. O tej prawdzie nie myśli się zwykle podczas planowania trasy. Ostrożnie więc z ambicjami! Lepiej wykreślić sobie w zaciszu domowych pieleszy krótszą trasę, by potem w terenie nie złościć się na swą bezsilność w konfrontacji z białym żywiołem. On jest nieubłagany i bezlitosny.

Zimą dzień jest krótki, a więc wyjazd powinien być możliwie wczesny i takiż powrót. Najgorsza pogoda w jaką nie polecam wyruszać to pochmurny dzień z chlapą i temp. w okolicy zera stopni Celsjusza, albo jeszcze przy opadach mokrego śniegu czy mżawki. Podobnie silne mrozy uniemożliwiają sensowną jazdę i aplikują cierpienia w postaci zamarzających paluszków. Bez kominiarki lub specjalnej maski nie należy wówczas oddalać się za bardzo od cywilizacji. Pogoda słoneczna właśnie zimą jest korzystna ze względu na psychiczną rolę światła w zimnej porze roku. Gdy świeci słońce wydaje się że jest cieplej. Jest jasno, pięknie więc samopoczucie i ochota do znoszenia trudów pokonywania terenu są większe. Odwrotnie podczas silnego zachmurzenia - człowiek staje się markotny, marudny, nie skory do wysiłku i nie wierzący w swe siły. A zimą jedna sprawa jest niezbędna – wola walki!


Zima według Tomasza Piotrowskiego

Najdłuższy dystans zimowy
Rok 1999. Dystans dnia - 116 km (6h i 25 minut "w ruchu", jazda od świtu do późnych godzin nocnych)

Unieruchomienie
Rok 1999. Wtedy to utknąłem zupełnie na dnie głębokiej doliny Sopotu koło Hamernii, którą po prostu zawaliło śniegiem na dobre. Może latem wydaje się to niemożliwe ale wydostanie się z tej doliny (mówię o rezerwacie poza szlakiem w dół rzeki) - stało się bardzo trudne z obładowanym rowerkiem). Ale po kolei. Zamiast zostawić rower na zboczu doliny - w przypływie beztroskiej głupoty zsunąłem się na samo jej dno i tam go wbiłem w jakąś zaspę.
Poszukując motywów do fotografii łaziłem pół dnia, no ale wreszcie o zmierzchu postanowiłem wracać do bazy (Zamość). Przekroczyłem Sopot i  ruszyłem śmiało z myślą sforsowania stromego zbocza...
W swej naiwności jeszcze nie przeczuwałem ile zajmie mi wydostanie się na zewnątrz. Zbocze nieco zamarzło i stało się oprócz tego, że ośnieżone to jeszcze oblodzone. Każdy kto tam był wie jak jest stromo. Samemu można by bez trudu choćby na czworakach wówczas wyjść - ale z balastem tak nieforemnym jak rower z sakwami wypełnionymi sprzętem i ekwipunkiem? Po 15 minutach zsuwania się i co raz bardziej szaleńczych próbach wdrapania się na skraj doliny - sytuacja stała się rozpaczliwie komiczna. Wyobraźcie sobie, że nie możecie wyjść z czeluści, a czas ucieka, a temperatura spada, a do bazy droga daleka.
Wreszcie jednak o zmroku wylazłem zziajany, czepiając się jakiś krzewów, pni drzew i wbijając pazury w oblodzony grunt. Wracałem więc znowu nocą.

Ekstremalna ilość śniegu
Rok 2001 - nieprzejezdne drogi, zaspy na 3 metry wzwyż, walka ze śniegiem, słabością i zamarzającym sprzętem i prowiantem. Więcej gmerania się w zaspach niż jazdy. Ruch samochodowy zamarł, rowerzystów brak. Wiele wsi odciętych od świata przez parę dni (zaspy likwidowano później  spychaczami gdyż najcięższy sprzęt do odśnieżania był bezużyteczny) Przedzieranie się możliwe tylko drogami publicznymi lub w ich pobliżu. Po  za nimi teren nie do przebycia.

Najbardziej nerwowa jazda
Przejazd drogami "asfaltowymi" przez Krasnobród, Hamernię, Susiec, Tomaszów Lub. i do Zamościa po idealnej szklance - gołoledzi doskonałej. Perfekcyjnie wykonanym lodzie i do tego w postaci małych kolein. (Nie muszę chyba mówić, że jazda drogą zalodzoną i z koleinami pojazdem  jednośladowym kwalifikuje się już raczej do zajęć z zakresu ewolucji cyrkowych). Sytuację najlepiej opiszę przedstawiając następujące fakty. Ruch aut zamarł, a nieliczni desperaci nie byli w stanie podjechać pod wzniesienia. Na przykład to za Krasnobrodem przed Wólką Husińską. Przed Hamernią wyprzedził mnie wielki autokar z wycieczką z Wawy. Jakże niesamowite to było zjawisko w takich warunkach! Kierowca chciał się zatrzymać ale autokar po prostu obrócił się i stanął w poprzek jezdni.  

Kierowca poszedł w krzaczki za potrzebą ale o dziwo na twarzach siedzących w środku wesołych emerytów nie rysowało się przerażenie. Zajęci sobą nawet nie zauważyli, że stoją w poprzek drogi. Oczywiście nie mogłem sobie darować wjazdu na Wał Huty Różanieckiej i wejścia na "zieloną wieżę". Zjazd po lodzie przyprawił mnie o kilka siwych włosów. A od Suśca do Tomaszowa jazda po lodzie i po ciemku. I tu mała uwaga jazda nocą po lodzie jest o dziwo spokojniejsza bo człek nie widząc co ma pod kołami - uspokaja się i ma łagodniejsze odruchy oraz płynniejszą jazdę. Nie obyło się oczywiście bez paru wywrotek ale to drobiazg.

Najbardziej sielankowa wyprawa
Pojechałem sobie w niesamowicie urokliwe miejsce - między górami Wapniarka i Młynarka leżącymi na północ od Józefowa. Słońce, ciepło mimo lekkiego mrozu, brak wiatru, biel śniegu przeczysta, niesamowicie rozległy widok na Kotlinę Sandomierską, cisza, krzyk szybującego kruka, ognisko, rozkoszne rozleniwienie po posiłku. I czas nie ograniczony dnia tego. Dopiero zachodzące słońce zmusiło mnie do powrotu.  

Dobrze jest na Roztoczu zamiast gonić od punktu do punktu - poleżeć sobie pół dnia na jakiejś górce i po prostu odpocząć psychicznie.

Zatrzymując się na popas wybierajmy teren osłonięty od wiatru, najlepiej w gęstym lesie. Na otwartej przestrzeni zwykle jest zimniej. Gdy świeci  słońce - korzystajmy z tego marnego zimą grzejnika, unikając stania w cieniu.

Inne materiały na stronie dotyczące tego tematu:
Wszechśniegi Roztocza - zimowa extreminada rowerowa
Szklane drzewa I - MikroRelacja z eskapady, podczas katastrofalnego oblodzenia
W Akcji - galerie, w których między innymi są zdjęcia z zimowych rajdów





Tekst: Tomasz Piotrowski
Zdjęcia, video i weryfikacja w terenie: Tomasz i Marek Piotrowscy

Uwaga! Uprawianie sportu/turystyki w sposób jaki zaprezentowaliśmy może być niebezpieczne dla życia lub zdrowia! Autorzy powyższego artykułu nie ponoszą odpowiedzialności za ewentualne wypadki.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
All © Copyright 2000 – 2012 Marek & Tomasz Piotrowscy.
Wszystkie teksty i zdjecia na stronie oraz sama witryna sa objete prawami autorskimi.
Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i pisemnej zgody autorów jest zabronione.